Sprzęt: dźwięk, jakość rozmów.

Na urządzenia zajmujące się w telefonie przetwarzaniem dźwięku jesteśmy skazani przez producenta – nie wymienimy na lepszy mikrofonu, głośnika do rozmów, czy głośnika multimedialnego. Jest pewien wyjątek – wyjście audio, obecnie praktycznie zmonopolizowane przez gniazdo stereofoniczne mini-jack. Dobierając zgodnie z własnymi preferencjami odpowiedni przetwornik (słuchawki, głośniki) zyskujemy wpływ na ostateczną jakość dźwiękowych doznań. Nadal jednak do producenta należy zapewnienie precyzyjnej konwersji cyfrowo-analogowej i odpowiedniego poziomu sygnału na wyjściu.

Głośnik do rozmów ma tylko jedno zadanie – zapewnienie poprawnej słyszalności rozmówcy, którego głos i tak dociera do telefonu w postaci mocno okrojonej przez standardy GSM (silna kompresja i ograniczenie pasma do ok. 3,5 kHz), a nieraz dodatkowo przez kiepskiej jakości mikrofon po drugiej stronie. Głośnik ten w L9 spisuje się bez zarzutu, również w trakcie korzystania z technologii HD Voice (podwojona częstotliwość próbkowania, ulepszone kodeki), bezproblemowo reprodukując sybilanty uskrzydlone pasmem poszerzonym do 7 kHz. Jego skuteczność w ekstremalnych warunkach (maksymalna głośność, rozmówca z dobrą emisją) jest aż nadto wystarczająca – konwersację bez trudu słyszą osoby w najbliższym otoczeniu. Taki zapas może okazać się przydatny w bardzo hałaśliwym środowisku lub osobom o upośledzonym słuchu.

Mikrofon, wykorzystywany przede wszystkim do prowadzenia rozmów, znajduje również inne zastosowania (dyktafon, nagrywanie filmów, klawiatura głosowa), stawiające nieco wyższe wymagania. Nie oczekując po nim jakości studyjnej, mogę subiektywnie stwierdzić, że nie powoduje jakiejś znaczącej degradacji rejestrowanego dźwięku. Osobną sprawą jest system redukcji hałasu otoczenia. Mówiąc szczerze, porównując rozmowy prowadzone ze Swifta i z innego telefonu z pojedynczym mikrofonem, w środowisku ze sztucznie generowanym stabilnym hałasem, nie udało mi się odnotować spektakularnych różnic. Powiem więcej: były one na tyle niewielkie, że być może doświadczyłem efektu placebo. Nie sugeruję, że producent zamiast drugiego mikrofonu wyposażył telefon w samą dziurę. Po prostu w moim odczuciu ten system działa bardzo słabo.

Głośnik multimedialny w wyniku ograniczeń narzucanych przez swoje niewielkie wymiary, jak i gabaryty obudowy w której jest zamknięty, zawsze będzie tylko protezą. Jego zdolność do reprodukowania dolnego pasma słyszalnych częstotliwości jest praktycznie żadna. Głośnik w L9 dodatkowo nie może się pochwalić dużą głośnością. Znormalizowany do poziomu 100% plik z muzyką o gęstej fakturze jest słyszalny nie najgorzej, ale już treść przekazu lektora w nawigacji Google może nam umknąć w hałaśliwym wnętrzu samochodu, podobnie jak słowa rozmówcy przy prowadzeniu konwersacji w trybie głośnomówiącym. Po położeniu grającego telefonu na powierzchni stołu odnotowujemy znaczne przytłumienie górnego pasma częstotliwości i pojawienie się nieprzyjemnych formantów w okolicach kilku kHz. Głośniczkowi należy się jednak pochwała za nikły poziom zniekształceń przy pełnej głośności.

Jedynym elementem systemu audio telefonu, który można poddać w miarę obiektywnej analizie w warunkach domowych, jest wyjście mini-jack. Zdjęcie poniżej pokazuje jak radzi sobie przetwornik cyfrowo-analogowy w Swifcie. Obrazuje ono obwiednie odebranych na wejściu liniowym karty dźwiękowej pięciosekundowych fal sinusoidalnych zapisanych w pliku WAV 48 kHz z poziomem -3 dB, który był odtwarzany przez telefon z głośnością ustawioną na 14 (w skali 0 ? 15). Fale wypełniają całe pasmo słyszalnych częstotliwości z interwałem dwóch na oktawę.


Oczywiście na otrzymany wynik składają się niedoskonałości zarówno po stronie telefonu, jak i karty dźwiękowej w komputerze. Jeżeli jednak przyjmiemy za absurdalne założenie, że grube zniekształcenia w telefonie zostały szczęśliwie skompensowane przez analogiczne wady karty dźwiękowej o przeciwnej wartości, możemy uznać rezultat za bliski doskonałości. Osłabienie sygnału przy 20 Hz nie przekracza 0,2 dB, a przy 20 kHz wynosi ok. 2 dB, co i tak nie pokonuje granicy 3 dB umownie przyjmowanej za próg rozróżniania poziomów natężenia dźwięku przez ucho ludzkie. Warto przy tym pamiętać, że poza oseskami, mało kto jest w stanie usłyszeć dźwięk o częstotliwości 20 kHz. Nieco niepokojąco mogą wyglądać „ząbki” na początkach fal i „ogonki’ na ich końcach. Spróbuję to wyjaśnić przy okazji drugiego testu, badającego odpowiedź toru audio telefonu na sygnały impulsowe.

W teście tym plik wejściowy zawierał falę prostokątną o częstotliwości 5 Hz i długości 2 sekund, wyglądającą tak:


Po zarejestrowaniu dźwięku otrzymujemy coś, co wygląda dość upiornie:


Nie dość, że prostokąty zamieniły się w „szpilki”, to jeszcze z 10 wejściowych dodatnich impulsów zrobiło się 11, z czego pierwszy i ostatni są zdecydowanie mniejsze!

Krótkie wyjaśnienie: wszystkie tory audio, również czysto analogowe, wyposażone są na wejściu i wyjściu w filtry odcinające sygnały o częstotliwościach poniżej słyszalnych oraz napięcia stałe, aby nie zamęczać elektroniki i przetworników przetwarzaniem tego, czego i tak nie odbierzemy. Tak więc pojawienie się stałego napięcia na wejściu (w tym wypadku poziomej części impulsu) kończy się jego opadaniem do zera na wyjściu w krótszym lub dłuższym czasie. Pierwszy impuls na wykresie to skok od 0 do umownego ?x?, kolejne to na przemian: z x do -x i odwrotnie, czyli skoki dwukrotnie większe, co znajduje odbicie w wysokości ?szpilek?. Jedenasta, dodatkowa, to reakcja na skok z -x do 0.

Mamy tu więc do czynienia z dość typową reakcją na pobudzenie impulsowe. Nieco niedoskonałe jest natomiast opadanie sygnału do zera ? zbocze za bardzo się ?rozpędza?, przekracza poziom zerowy i dopiero po dłuższym czasie stabilizuje, co najlepiej obrazuje ostatni impuls. W tym też upatrywałbym przyczyn pojawienia się ?ząbków? i „ogonków” w poprzednim teście.

Znacznie istotniejsza jest wierność odtwarzania przebiegu sygnału tuż po zakończeniu skoku impulsu. Warto więc przyjrzeć się wykresowi jednego z nich w dużym powiększeniu (w kontekście osi czasu):


Widoczne oscylacje wokół oczekiwanej równej krawędzi są wynikiem połączonego działania filtrów: wygładzającego w przetworniku C-A telefonu i antyaliasowego w przetworniku A-C karty dźwiękowej, często obarczonych cechami rezonansowymi w okolicach częstotliwości odcięcia. Nie jestem w stanie rozstrzygnąć, wpływ którego z przetworników jest tutaj dominujący, ważne że poziom i czas trwania oscylacji nie jest przesadnie duży.

Wykorzystując wyniki poprzedniego testu pokusiłem się jeszcze o ocenę zniekształceń nieliniowych, ale analiza spektralna jednej z odebranych fal sinusoidalnych wykazała jedynie obecność drugiej harmonicznej i to na poziomie -96 dB, czyli dokładnie równym teoretycznemu poziomowi szumów kwantyzacji przetwarzania 16-bitowego.


Mogę więc z czystym sumieniem stwierdzić, że zniekształcenia nieliniowe przetwornika audio w Swifcie L9 są niemierzalne.

Maksymalny poziom sygnału na wyjściu ma istotne znaczenie jedynie przy korzystaniu ze słuchawek, determinując możliwą do uzyskania głośność. Kilka podłączonych par różnych przetworników ? słuchawek dokanałowych, prostych „pchełek”, dużych zamkniętych „muszli”, osiągnęło podobny poziom ciśnienia akustycznego, który określiłbym jako trudny do wytrzymania na dłuższą metę, choć do progu bólu prawdopodobnie brakowało jeszcze pewnego dystansu.

Przy okazji parę słów o słuchawkach dołączonych do telefonu. Z pewnością nie zostały stworzone z myślą o melomanach, a cierpią przede wszystkim na kłopoty z odtwarzaniem najniższych częstotliwości. Ale sprawdzą się wystarczająco dobrze przy słuchaniu audiobooków, radiowych serwisów informacyjnych, czy oglądaniu filmów, a już szczególnie przy prowadzeniu rozmów, bowiem wyposażone są w przycisk odbierania/kończenia połączenia i mikrofon, któremu jedynie można zarzucić zauważalne osłabienie siły głosu docierającego do rozmówcy w porównaniu z mikrofonem telefonu.

Sprzęt: moduły łączności bezprzewodowej.

Współczesne smartfony wciąż jeszcze zamiennie nazywamy telefonami, pozwolę więc sobie zacząć od oceny modułu GSM/UMTS, który w L9 umożliwia pracę w zakresach 850, 900, 1800, 1900 MHz (GSM) i 900 oraz 2100 (UMTS), co pokrywa z niewielką nawiązką wszystkie standardy stosowane jak dotąd przez operatorów w Polsce.
Po wielu dziwnych, mniej lub bardziej zaskakujących doświadczeniach z kilkoma poprzednio używanymi telefonami, muszę stwierdzić, że L9 najlepiej z nich wszystkich radzi sobie z zadaniem utrzymania połączenia z siecią komórkową. Dramatyczne poszukiwania stacji bazowych na terenach o słabym pokryciu, częste zmiany sieci w ramach roamingu krajowego, wielokrotne handovery w czasie podróży nie są w stanie wyprowadzić go z równowagi, w przeciwieństwie do poprzedników, niejednokrotnie wymagających restartu po złapaniu zadyszki. Być może nie jest to wyłącznie zasługą sprzętu, lecz w równej mierze dobrze dopracowanych sterowników, tak czy inaczej jakość realizacji tej kluczowej funkcjonalności TELEFONU zasługuje na pięć gwiazdek. Porównanie wskazań indykatorów zasięgu (z zasady mocno poglądowych) w kilku innych ?słuchawkach? nie wskazuje ani na niedostatki, ani na przewagę L9 w tej dziedzinie. Transmisja danych w sieci 3G mogłaby teoretycznie odbywać się z prędkością 21 Mb/s do telefonu (HSDPA) i 5,8 Mb/s w drugą stronę (HSUPA), w praktyce trudno osiągnąć download większy niż 2 Mb/s, ale jestem prawie pewien, że tu akurat na dwóję zasługują operatorzy sieci.

Moduł Wi-Fi obsługuje standardy 802.11a/b/g/n. Myślę że należą mu się spore brawa: po włączeniu osiąga gotowość w niespełna sekundę, przy silnym sygnale punktu dostępowego potrafi połączyć się z nim w czasie krótszym niż pół sekundy. O jego nie najgorszej czułości może świadczyć fakt, że jest w stanie utrzymać połączenie z najzwyklejszym, tanim ruterem z odległości 60 ? 70 metrów. Lekki niedosyt może jedynie wywołać fakt, że maksymalna prędkość połączenia, jaką udało mi się osiągnąć, to 65 Mb/s, co jest co prawda wartością charakterystyczną dla standardu 802.11n, ale raczej z dolnego przedziału jego możliwości i niewiele wyższą od tego, co oferują starsze protokoły. Moduł Wi-Fi w roli punktu dostępowego sprawuje się nieźle, oferując poziom emisji zauważalnie słabszy od typowych domowych ruterów, ale porównywalny z ich małymi przenośnymi odpowiednikami o zasilaniu bateryjnym.

Moduł Bluetooth (w wersji 3.0) niczym szczególnym się nie wyróżnia, trudno też doszukać się w nim jakichkolwiek wad. Po prostu działa zgodnie z oczekiwaniami. Bez problemu utrzymuje łączność ze sparowaną typową słuchawką w obrębie trzypokojowego mieszkania nawet przy maksymalnym oddaleniu i kilkoma ścianami po drodze, a na otwartej przestrzeni zaczyna się ?krztusić? przy odległościach większych niż 50 m, zrywając ostatecznie kontakt po przekroczeniu dystansu 70 m. Testowe prędkości transferu plików, jakie udało mi się osiągnąć między Swiftem a drugim telefonem umiejscowionym tuż obok niego są następujące:

    – telefon z Bluetooth 3.0: 1,2 MB/s
    – telefon z Bluetooth 2.1 i EDR: 165 kB/s
    – telefon z Bluetooth 2.1 bez EDR: 85 kB/s

Miłą niespodzianką jest obecność w L9 modułu NFC, który na razie jest pewną nowinką, niezbyt często pojawiającą się w telefonach, ale posiadającą spory potencjał związany z „najpoważniejszym” zastosowaniem, czyli możliwością dokonywania płatności zbliżeniowych. Bardziej ?rozrywkowym? zastosowaniom NFC przyjrzę się nieco szerzej w dalszej części testu, skupiającej się na oprogramowaniu.

Antena NFC czuwa tylko przy odblokowanym ekranie. Żeby jednak przekonać się, czy pozostawienie modułu NFC w stanie włączonym nie przyspiesza zużycia baterii, dwukrotnie pozostawiłem na 12 godzin w pełni naładowany telefon z uaktywnionym trybem samolotowym: raz z uruchomionym NFC i powtórnie ? bez. W pierwszym wypadku poziom naładowania baterii spadł do 91%, w drugim – do 92%. Nawet jeśli wykracza to poza granice błędu pomiarowego, nie daje powodów do obaw o „żarłoczność” modułu Near Field Communication.

Odbiornik GPS (obsługujący także sygnały rosyjskiego systemu GLONASS) zachowuje się przyzwoicie. W otwartej przestrzeni ustalenie pozycji zajmuje mu od 40 do 55 sekund, w zależności od warunków atmosferycznych. Wspomagany przez stacje BTS (A-GPS) reaguje dużo szybciej, najkrótszy czas jaki udało mi się odnotować to 8 sekund, ale najczęściej trwa to 10 ? 15 sekund. We wnętrzu samochodu czasy ulegają lekkiemu wydłużeniu, ale kontakt z satelitami jest stabilny. W pomieszczeniach zamkniętych nie możemy spodziewać się cudów – jeśli nie znajdujemy się w pobliżu sporego okna, zgubienie sygnału satelitarnego jest raczej pewne. Poglądowo przedstawiają to zrzuty ekranowe z aplikacji GPS Test. Pierwszy odpowiada pozycji tuż przy standardowej wielkości oknie (niekorzystnie skierowanym na północ), drugi ? w odległości około 1,5 metra od niego.