Na chińskim forum internetowym Digi-wo jeden z użytkowników opublikował zdjęcie, które ma sugerować, że Sony dołącza do wyścigu na największy ekran w smartfonie.

Na zdjęciu możemy zobaczyć ramkę od nowego smartfonu o przekątnej 6,44 cala i rozdzielczości 1920 x 1080 pikseli. Sony ze swoim phabletem miałoby zadebiutować na zbliżających się targach Mobile World Congress, które odbędą się pod koniec lutego w Barcelonie.
Wiarygodność zdjęcia ma podkreślać logo Sony, które widzimy na fotce. Jeśli to jednak prawda, to wraz z wprowadzeniem na rynek smartfonów z dużymi ekranami różnica pomiędzy nimi a tabletami ulegnie więc znacznemu zmniejszeniu, czego ewidentnym potwierdzeniem jest sukces Galaxy Note’a.
5-calowe smartfony już są w powszechnym użyciu. Według najnowszych prognoz rok 2013 minie nam pod hasłem dużych, większych i największych smartfonów. Zapowiedzią telefonów komórkowych o większych ekranach mają być zaplanowane na połowę lutego targi MWC 2013 w Barcelonie.
Czy jesteście gotowi na kolejną generację 6″ smartfonów? Jaki Waszym zdaniem powinien być największy wyświetlacz do smartfonów? Pamiętać przy tym należy, że większe ekrany są bardziej podatne na uszkodzenia. Ponadto wpływa to także na większe zużycie energii.
źródło: Digi-wo
Kan
Czy ich juz wali z tymi calami ??
Nie długo będa jak cegły!
blogbiszopa.pl Wojna w Święto Pojednania
Izrael, Wzgórza Golan, 17 października 1973 roku, godzina 23:30.
Sześciu izraelskich spadochroniarzy już od trzech dni siedziało w okopie obserwując pogrążone w mroku pozycje Syryjczyków odległe o zaledwie kilkaset metrów. Nie wyglądało na to, by szykowali się do szturmu. Krwawa bitwa sprzed kilku dni chyba dała im do myślenia.
Dwóch żołnierzy rozmawiało półgłosem o tym, co dzieje się kilkaset kilometrów na południe od nich, na Półwyspie Synaj, gdzie trwają zacięte walki. Trzech innych zajętych było czyszczeniem broni.
Szósty żołnierz trzymał przy uchu małe turystyczne radio. Nagle rzucił je na ziemię, wyskoczył z okopu i rozpoczął szalony taniec radości.
– Alex! Złaź natychmiast zanim zdejmie cię snajper! Zwariowałeś! Co ty wyprawiasz do cholery?!!! – jego towarzysze krzyczeli jeden przez drugiego.
Ten zaś nie przerywał dzikich pląsów i wrzasnął:
– Polska zremisowała z Anglią na Wembley! Rozumiecie??? Jedziemy na Mistrzostwa Świata!!!
Bliski Wschód to teren, który w XX wieku spłynął krwią bardziej, niż jakikolwiek inny. Od 1948 roku, czyli od momentu powstania państwa Izrael ciągły konflikt toczy ten skrawek Azji jak rak ciało człowieka. I podobnie jak choroba konflikt ten co pewien czas nasila się przechodząc w paroksyzm wojny. Zazwyczaj krótkiej, gwałtownej i bardzo krwawej.
Przez pierwszą połowę XX wieku Żydzi z całego świata sukcesywnie napływali do będącej pod brytyjskim protektoratem Palestyny. Tragedia II Wojny Światowej przyspieszyła ten proces – ocaleni z Holocaustu masowo wyjechali do swojej ziemi obiecanej. Konflikt z Arabami stał się nieunikniony. By jemu zapobiec Organizacja Narodów Zjednoczonych przyjęła Rezolucję nr 181 w sprawie podziału Palestyny. Państwa arabskie oczywiście wyraziły sprzeciw.
14 maja 1948 roku w Tel Awiwie Dawid Ben Gurion, najważniejszy przywódca społeczności żydowskiej w Palestynie odczytał Deklarację Niepodległości. Narodziło się państwo Izrael.
Dzień później armie pięciu państw arabskich wkroczyły na teren niepodległego państwa żydowskiego. Rozpoczęła się trwająca ponad rok wojna, w której Izrael obronił swoją niepodległość i wyrósł na główną siłę militarną w regionie. Przy okazji rozszerzył swoje granice zajmując tereny, które na mocy ONZ-owskiej rezolucji przypadły Palestyńczykom. Dotychczasowi mieszkańcy zostali wypędzeni i zamieszkali w obozach dla uchodźców w Syrii i Jordanii.
Przez kolejne 20 lat na Bliskim Wschodzie trwał stan niewygodnej, wymuszonej koegzystencji. Na pograniczu Izraela ciągle dochodziło do mniejszych lub większych potyczek. W połowie lat 60-tych sytuacja uległa pogorszeniu. Syryjczycy coraz częściej ostrzeliwali izraelskie miasta na północy kraju, a granicę przekraczali dywersanci podkładający miny na drogach. Izraelczycy w odwecie zaatakowali syryjskie pozycje na Wzgórzach Golan. W walce powietrznej, która się wówczas wywiązała izraelskie Mirage zestrzeliły sześć syryjskich MIGów-21. Wkrótce potem myśliwce z sześcioramiennymi gwiazdami na skrzydłach przeleciały na niewielkiej wysokości nad syryjską stolicą.
Syria odebrała tę demonstracje siły jako bezpośrednie zagrożenie i poprosiła o pomoc Egipt, który dysponował największą armią w regionie. Egipcjanie zaczęli uderzać w bęben wojenny podgrzewając atmosferę do niebezpiecznej temperatury. Zarządzili powszechną mobilizację, zaczęli koncentrować siły w pobliżu granicy z Izraelem, a w dniu 18 maja 1967 roku egipskie radio „Głos Arabów” proklamowało totalną wojnę, której celem będzie całkowite unicestwienie państwa żydowskiego.
Żydzi postanowili uprzedzić uderzenie Arabów i 5 czerwca 1967 roku o godzinie 7:45 rano przeprowadzili zmasowany atak z powietrza na cele na półwyspie Synaj i we właściwym Egipcie.
Zaskoczenie było kompletne. Jednego dnia niemal całe egipskie siły powietrzne przestały istnieć. Izraelczycy uderzyli także na cele w Syrii i Jordanii. Po nalotach do akcji weszły jednostki pancerne. W tym samym czasie izraelscy spadochroniarze opanowali Jerozolimę.
Zwycięstwo było bezprecedensowe. W ciągu sześciu dni (od których ta wojna zyskała nazwę Sześciodniowej) izraelski Dawid skopał tyłki trzem arabskim Goliatom naraz. Egipt stracił 80% swojej siły militarnej, a Syria i Jordania niewiele mniej. Straty w zabitych po arabskiej stronie liczono w dziesiątkach tysięcy, podczas gdy Izrael stracił niecałe 800 żołnierzy.
Państwo żydowskie w ciągu sześciu dni stało się lokalnym supermocarstwem. Zajęło Wzgórza Golan zabezpieczając w ten sposób północny Izrael przed syryjskim ostrzałem, Jerozolimę – święte miasto trzech religii wraz z całym Zachodnim Brzegiem Jordanu oraz półwysep Synaj tworząc nową granicę izraelsko-egipską na linii Kanału Sueskiego. A co najważniejsze – udowodniło Arabom, że ich mrzonki o unicestwieniu państwa żydowskiego są funta kłaków warte.
Ale Arabowie nie mieli zamiaru odpuścić, ani tym bardziej pogodzić się ze stratami terytorialnymi.
Nowy egipski prezydent Anwar Sadat, który objął stanowisko po zmarłym we wrześniu 1970 roku Gamalu Naserze zaczął natychmiast opracowywać plan odwetu. By odbudować siły zbrojne, zniszczone podczas Wojny Sześciodniowej zawarł porozumienie ze Związkiem Radzieckim, w którym zobowiązał się wprowadzić w kraju socjalizm w zamian za wszechstronną radziecką pomoc militarną i gospodarczą. Egipscy oficerowie rozpoczęli szkolenia w Moskwie, a do portu w Aleksandrii zaczęły zawijać radzieckie okręty ze sprzętem wojskowym. Egipska armia otrzymała w ten sposób między innymi najnowsze zestawy rakiet przeciwlotniczych Dźwina i Kub oraz kierowane pociski przeciwpancerne Malutka. Niedługo zaprezentują one swoją zabójczą skuteczność…
Radzieckie wyrzutnie rakiet przeciwlotniczych na egipskim brzegu Kanału Sueskiego.
Izrael również nie zasypiał gruszek w popiele. Na wschodnim brzegu Kanału Sueskiego buldożery usypały ogromny wał przeciwczołgowy, a tuż za nim powstała gęsta sieć bunkrów i umocnień nazwana Linią Bar-Leva.
Generalnie jednak w izraelskim społeczeństwie panowało odprężenie. Sukces Wojny Sześciodniowej wpoił w ludzi poczucie bezpieczeństwa i przekonanie, że ich państwo po raz pierwszy w swojej krótkiej historii nie musi się obawiać ataku z zewnątrz. A jeśli już taki atak nastąpi to spotka się z należytą odpowiedzią.
Prezydent Sadat nie wybierał się na wojnę przeciwko znienawidzonemu wrogowi samotnie. Miał wiernego sojusznika w swoim syryjskim odpowiedniku – Hafezie al-Assadzie. W marcu 1973 roku obydwaj przywódcy porozumieli się co do planowanej operacji przeciwko Izraelowi. Związek Radziecki znów dorzucił swoje trzy grosze dostarczając obu krajom wyrzutnie pocisków balistycznych Scud.
Syria i Egipt zaczęły bardzo dyskretnie gromadzić wojska na granicy z Izraelem. Egipski generał Saad El Shazly rozkazał, by wyrzutnie radzieckich pocisków przeciwlotniczych ustawić maksymalnie blisko linii Kanału Sueskiego. Stworzyły one ogromny parasol ochronny nad strefą kanału.
Izraelski wywiad zauważył te manewry i przekazał informację ministerstwu obrony. Ta jednak została zignorowana – w przeszłości Arabowie już wiele razy prężyli muskuły i nic z tego nie wychodziło. Uznano, że to kolejny fałszywy alarm.
6 października 1973 roku o godzinie 4:30 rano w willi na przedmieściach Tel Awiwu zadzwonił telefon. Słuchawkę podniósł rozespany generał Dawid Elazar – szef Sztabu Generalnego Sił Obronnych Izraela. To, co usłyszał sprawiło, że senność minęła w mgnieniu oka. Jego rozmówca – jeden z szefów Mossadu poinformował go, że kolejna wojna jest nieunikniona i wybuchnie najdalej za 10 godzin.
6 października był dniem święta Jom Kippur (Dzień Pojednania) – najważniejszego w żydowskim kalendarzu religijnym.
Generał Elazar postanowił uprzedzić wrogów i przeprowadzić zmasowane uderzenie z powietrza. Sam jednak nie mógł podjąć takiej decyzji. Zgodę na atak musiał wydać premier Izraela – Golda Meir.
To była niezwykła kobieta, zwana Żelazną Damą zanim ten przydomek przylgnął do Margaret Thatcher. Kiedy rok wcześniej terroryści zamordowali izraelskich sportowców podczas olimpiady w Monachium Golda Meir wysłała w ślad za nimi komando zabójców, które likwidowało bandytów jednego po drugim.
Golda Meir nie wydała zgody na atak lotniczy. Pomna wydarzeń sprzed sześciu lat (sukces w Wojnie Sześciodniowej Izrael przypłacił ostracyzmem na arenie międzynarodowej – był powszechnie postrzegany jako agresor) uznała, że tym razem Żydzi nie mogą uderzyć jako pierwsi.
Zezwoliła Elazarowi na przeprowadzenie ograniczonej mobilizacji.
O godzinie 14:00 Egipcjanie rozpoczęli gwałtowny ostrzał artyleryjski izraelskich stanowisk na wschodnim brzegu Kanału Sueskiego. Tuż po nim jednostki komandosów przepłynęły kanał na pontonach i rozpoczęły szturm na 20-metrowe piaskowe szańce usypane kilka lat wcześniej przez izraelskie buldożery. Ogień z bunkrów na Linii Bar-Leva był zadziwiająco słaby.
Piaskowe szańce nie stanowiły przeszkody dla komandosów, ani podążającej za nimi piechoty (komandosi umocowali drabinki sznurowe, by ułatwić towarzyszom wspięcie się na sztuczne wydmy), ale były barierą nie do przebycia dla czołgów i innego ciężkiego sprzętu. Egipcjanie próbowali wysadzić je za pomocą dynamitu, ale okazało się to zupełnie nieskuteczne. Postanowili zatem je… rozmyć. Sprowadzili wysoce wydajne pompy i za pomocą wody z Kanału Sueskiego tłoczonej pod wysokim ciśnieniem utworzyli wyrwy w linii izraelskich szańców, przez które mógł przejechać ciężki sprzęt.
Egipskie wojska wlały się na Półwysep Synaj. Izraelczycy na Linii Bar-Leva byli bez szans. Wezwali na pomoc myśliwce, te jednak zostały skutecznie powstrzymane przez radzieckie rakiety przeciwlotnicze Dźwina i Kub. Na pomoc oblężonym na Linii Bar-Leva towarzyszom ruszyły izraelskie czołgi. One także napotkały opór broni, z którą nigdy wcześniej się nie spotkały.
Radziecka wyrzutnia pocisków przeciwpancernych Malutka (w nomenklaturze NATO – Sagger) była na tyle poręczna, że mogła być przenoszona na pole bitwy w plecaku. Wystrzelony pocisk, kierowany joystickiem przez żołnierza był w stanie przebić pancerz każdego czołgu używanego na początku lat 70-tych.
Brytyjskie czołgi typu Centurion, amerykańskie Pattony i francuskie AMX w służbie państwa żydowskiego płonęły teraz na półwyspie zniszczone radzieckimi pociskami.
Izraelczycy przegrywali wojnę na Synaju.
Egipski MIG atakuje izraelskie stanowisko ogniowe.
W tym samym czasie, kiedy Egipcjanie przekroczyli Kanał Sueski i uderzyli na Izraelczyków na Synaju, Syryjczycy przypuścili szturm od północy, na Wzgórza Golan odebrane im przez Żydów sześć lat wcześniej.
W przeciwieństwie do silnie ufortyfikowanej Linii Bar-Leva na Synaju, na Wzgórzach Golan Izraelczycy mieli zaledwie 170 czołgów i 400 żołnierzy. Syryjczycy zaś uderzyli siłami 1200 czołgów i 60 tysięcy żołnierzy…
Przełamanie izraelskiej linii obrony zajęło Syryjczykom sześć godzin. Wkrótce dotarli do skraju wzgórz mając przed sobą rzekę Jordan. Uchwycenie przepraw przez nią oznaczało wolną drogę do Izraela.
Położenie państwa żydowskiego było straszne. W ciągu jednego dnia poniosło ono klęskę na dwóch frontach. Generał Elazar zdecydował się powołać do armii każdego obywatela zdolnego do noszenia broni.
Z powodu święta Jom Kippur nie działały radio, ani telewizja. Rezerwistów wzywali więc do mobilizacji żołnierze na motocyklach z megafonami w rękach.
Generał Elazar postanowił przeprowadzić kontruderzenie na Synaju. Miało ono tragiczne skutki, Egipcjanie przy pomocy radzieckich wyrzutni rakiet w krótkim czasie zdołali powstrzymać izraelskie natarcie.
Państwo żydowskie stanęło przed groźbą starcia z powierzchni Ziemi. Izraelscy wojskowi zrozumieli, że żadną miarą nie są w stanie prowadzić działań zbrojnych równocześnie na dwóch frontach.
Najpierw musieli obezwładnić jednego wroga, zanim zajęli się drugim.
Izraelscy sztabowcy postanowili najpierw zająć się frontem syryjskim. Było to całkowicie zrozumiałe wziąwszy pod uwagę fakt, że wojska egipskie by dotrzeć do Izraela najpierw musiały przebyć całą szerokość Półwyspu Synaj. Tymczasem Syryjczycy byli już u bram państwa żydowskiego.
Elazar rzucił więc wszystkie swoje siły na północ Izraela. Syryjczycy dysponowali głównie radzieckimi czołgami T-54, T-55 i T-62 – generalnie gorszymi, niż te będące na wyposażeniu Sił Obronnych Izraela.
Ich załogom doskwierał m.in. fakt, że Rosjanie zamiast w klimatyzatory zaopatrzyli czołgi w… grzejniki. Zapewne bardzo przydatne w syberyjskich warunkach klimatycznych, ale średnio użyteczne na Bliskim Wschodzie…
Różnicę niwelował jednak fakt dostarczenia przez Rosjan Syryjczykom nowoczesnych noktowizorów. Arabowie mogli z powodzeniem walczyć i niszczyć izraelskie czołgi także w nocy.
Z drugiej jednak strony Izraelczycy mogli liczyć na wsparcie sił powietrznych, a Syryjczycy nie mieli środków, by zestrzelić izraelskie myśliwce.
Krwawe walki trwały przez dwa kolejne dni. W końcu szala zwycięstwa zaczęła się przechylać na stronę Żydów.
Nie bez znaczenia była determinacja, z jaką walczyli Izraelczycy – zdawali sobie sprawę, że w razie przegranej ich państwo przestanie istnieć.
Żydzi w końcu zdołali przełamać front i izraelskie zagony pancerne wspierane przez spadochroniarzy wjechały do Syrii.
Tu ciekawostka – wiele załóg izraelskich czołgów było złożonych z Polaków wygnanych z Ojczyzny wskutek antysemickiej nagonki z 1968 roku. Przez radio często porozumiewali się po polsku, co eliminowało konieczność używania kodów.
Izraelskie oddziały zatrzymały się w odległości zaledwie 40 kilometrów od Damaszku.
Sztab Generalny uznał, że zagrożenie z tej strony zostało zażegnane i odwołał większość sił na Półwysep Synaj. W Syrii pozostało jednak kilka pułków pancernych i jednostki spadochroniarzy.
Jednym z nich był Alex Dancyg, polski Żyd, który wyjechał do Izraela w roku 1957. Na wieść o zwycięskim remisie polskich piłkarzy na Wembley 17 października 1973 roku odtańczył przez zdumionymi kolegami taniec radości. Obecnie jako historyk współpracuje z Instytutem Yad Vashem i szkoli instruktorów opiekujących się grupami młodych Żydów odwiedzających Polskę. Jest wielkim przyjacielem naszego kraju.
Podczas krwawej bitwy o Wzgórza Golan syryjski prezydent Hafez al-Assad zażądał od Anwara Sadata wznowienia ofensywy na Synaju, by odciągnąć Izraelczyków. Sadat, wbrew radom generała El Shazly zgodził się na to.
Egipska ofensywa rozpoczęła się 14 października 1973 roku o godzinie 6:30. W rejonie przełęczy Mitla doszło do ogromnej bitwy pancernej, w której łącznie brało udział około tysiąca czołgów. Izraelskie maszyny były doskonale okopane i zamaskowane na płaskowyżu, a egipskie czołgi jadące przez pustynię stanowiły idealny cel. W dodatku oddaliwszy się od Kanału Sueskiego opuściły przeciwlotniczy parasol ochronny stworzony przez radzieckie wyrzutnie ustawione po drugiej stronie kanału. Izraelskie myśliwce oczywiście skorzystały z okazji i urządziły im krwawą łaźnię. Egipcjanie ponieśli klęskę i musieli wycofać się na pozycje obronne.
Od początku konfliktu premier Golda Meir stanowczo domagała się od Stanów Zjednoczonych dostaw sprzętu wojskowego. W dniu synajskiej ofensywy prezydent Nixon wyraził wreszcie zgodę. Na izraelskich lotniskach zaczęły lądować ciężkie transportowce C-141 Starlifter i C-5 Galaxy. Lecąc do Izraela musiały uważać, by nie naruszyć przestrzeni powietrznej państw arabskich oraz… państw europejskich.
Europejscy sojusznicy USA zabronili amerykańskim samolotom lądowania na swoim terytorium. Wyłamała się tylko Portugalia, która zezwoliła na użycie lotniska na Azorach. Lecąc nad Morzem Śródziemnym transportowce korzystały z ochrony amerykańskich myśliwców startujących z lotniskowców. Potem przejmowały je maszyny izraelskie.
W ciągu miesiąca Izrael otrzymał tą drogą sprzęt wartości niemal miliarda dolarów. Była to nie tylko broń i amunicja, ale także czołgi, myśliwce, systemy radarowe i wyrzutnie pocisków przeciwlotniczych i przeciwpancernych. Państwo żydowskie przejęło inicjatywę w wojnie.
Amerykański czołg M-60 Patton na jednym z izraelskich lotnisk.
Izraelczycy postanowili przeprowadzić śmiałą operację mającą na celu okrążenie wojsk egipskich na wschodnim brzegu kanału i zniszczenie baterii rakiet przeciwlotniczych na brzegu zachodnim. Zadanie wydawało się być niewykonalne. Wzdłuż kanału Egipcjanie rozlokowali ponad 100 tysięcy żołnierzy i 1000 czołgów. Byli dobrze okopani i chronieni przez pola minowe. Zadanie przedarcia się przez egipską linię i uchwycenia przyczółku na zachodnim brzegu kanału otrzymał generał Ariel Szaron (późniejszy premier Izraela) dowódca 143. Dywizji Pancernej.
Szaron postanowił zaatakować Egipcjan w najsłabszym punkcie, na styku 2. i 3. Armii, nieco na północ od Wielkiego Jeziora Gorzkiego. W nocy z 15 na 16 października doszło do niezwykle krwawych walk w rejonie tzw. Chińskiej Farmy – dawnej egipskiej stacji rolniczej obecnie zamienionej w bastion. Izraelscy żołnierze walcząc często wręcz zdołali dotrzeć do brzegu Kanału Sueskiego. Na drugą stronę na pontonach przeprawili się komandosi i uchwycili przyczółek, którego bronili przez cały następny dzień. Saperzy przerzucili przez kanał mosty pontonowe, przez które izraelskie czołgi wjechały do Egiptu, odcinając w ten sposób niemal 100 tysięcy egipskich żołnierzy na Synaju.
Izraelski czołg przekracza Kanał Sueski po moście pontonowym.
Wyrzutnie rakiet przeciwlotniczych Dźwina i Kub zostały zniszczone i izraelskie siły powietrzne odzyskały pełną kontrolę nad bliskowschodnim niebem.
Anwar Sadat znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Jego armie na wschodnim brzegu kanału były odcięte, a izraelskie czołgi zbliżały się do Kairu.
22 października 1973 roku Rada Bezpieczeństwa ONZ wezwała wszystkie strony konfliktu do zawieszenia broni na 12 godzin. Jeszcze tego samego dnia ogłoszono je na froncie egipsko-izraelskim, a dnia następnego na froncie syryjskim.
Zawieszenie broni nie było jednak ściśle przestrzegane przez żadną ze stron. Egipcjanie nadal atakowali izraelskie pozycje, a Żydzi w odwecie okrążyli Suez.
Do konfliktu ponownie wmieszały się oba supermocarstwa. Radzieckie samoloty zwiadowcze przeleciały nad strefą Kanału Sueskiego i odkryły, że Izraelczycy nadal posuwają się na południe. Leonid Breżniew zagroził USA, że jeśli nie zmuszą Izraela do przestrzegania zawieszenia broni to Związek Radziecki przeprowadzi interwencję zbrojną w regionie. Richard Nixon odpowiedział postawieniem strategicznych sił nuklearnych w stan podwyższonej gotowości bojowej i skierowaniem lotniskowców na Bliski Wschód. W Forcie Bragg w Karolinie Północnej na pokłady transportowców zaczęli wchodzić spadochroniarze 82. Dywizji Powietrznodesantowej.
Breżniewowi zrzedła mina, bowiem nie spodziewał się tak ostrej reakcji. Zamiast eskalować konflikt zmusił egipskiego prezydenta do podpisania zawieszenia broni. Wojna dobiegła końca. Poległo ogółem około 11 tysięcy żołnierzy – 2,5 tysiąca Izraelczyków i 8,5 tysiąca Syryjczyków i Egipcjan.
Zaskakujące jest jak odebrały wynik konfliktu społeczeństwa państw biorących w nim udział. Izraelczycy, którzy z militarnego punktu widzenia odnieśli bezdyskusyjne zwycięstwo uważają Wojnę Jom Kippur za… ogromną klęskę. Świadomość tego, jak niewiele brakowało, by ich kraj zniknął z powierzchni Ziemi okazała się szokująca. Obwiniali ministra obrony Mosze Dajana i premier Goldę Meir o zignorowanie sygnałów poprzedzających wojnę i słabe do niej przygotowanie. Powołana została specjalna komisja, która miała za zadanie ocenić działania podjęte przed wojną oraz podczas jej trwania. Jej raport był druzgocący i w efekcie najwyżsi dowódcy armii i wywiadu wojskowego stracili pracę. Premier Golda Meir wraz z całym rządem podała się do dymisji.
W krajach arabskich zaś klęska w tej wojnie została uznana za… wielkie zwycięstwo. Do dzisiaj w Egipcie 6 października, czyli rocznica jej wybuchu jest świętowany jako Dzień Wojska.
Krwawa wojna zrodziła w perspektywie cenny owoc w postaci bliskowschodniego procesu pokojowego. Jeszcze w tym samym roku rozpoczęła się konferencja pokojowa w Genewie, na której omówiono sprawę zwrotu Półwyspu Synaj Egiptowi i poruszono kwestię palestyńską. Wojska izraelskie wycofały się z Egiptu i wynegocjowano wymianę jeńców.
Cztery lata później doszło do niezwykłego wydarzenia – egipski prezydent Anwar Sadat jako pierwszy arabski przywódca w historii złożył oficjalną wizytę w Izraelu. Spotkał się z przywódcami państwa żydowskiego i przemawiał w Knessecie.
Gest ten przypłacił życiem. Islamscy fanatycy sprzeciwiający się porozumieniu z Izraelem zamordowali go 6 października 1981 roku podczas defilady z okazji 8. rocznicy wybuchu Wojny Jom Kippur.
W kwietniu 1982 roku ostatnie izraelskie oddziały wycofały się z Półwyspu Synaj. Wzgórza Golan do dzisiaj pozostają terenem spornym i są obsadzone przez ONZ-owskie siły pokojowe.
Przeczytaj także:
Operacja „Opera”, czyli rajd na reaktor
Źródło:
Simon Dunstan, The Yom Kippur War, Osprey Publishing, 2007.
20th Century Battlefields – 1973 Yom Kippur War, http://www.youtube.com, Dostęp 20.01.2013.
Wojna Jom Kippur, http://pl.wikipedia.org, Dostęp 20.01.2013.
Piotr Burda, Polska i Izrael oczyma Aleksa Dancyga, Gazeta Wyborcza, 8.10.2008.
Nauka to potęgi klucz
22 January 2013
Wielu z czytelników pamięta szalone lata 90te i początki puchnięcia bańki edukacyjnej. Jeszcze kilka lat po upadku komuny bezrobocie wśród magistrów wynosiło parę procent, gdy reszta populacji powoli poznawała smak beznadziejnego 20% czy 30% bezrobocia. Mówiło się wtedy skończ dowolną wyższą uczelnię, a o pracę nie będziesz musiał się martwić. Spotykałem się też z ciekawym powiedzeniem ucz się, a nie będziesz musiał pracować. W domyśle – przy łopacie lub na roli, jak tatko – takim ludziom siedzenie za biurkiem nie kojarzy się z ciężką pracą, tylko z wakacjami.
Całkowite szaleństwo nastało kilka lat później, gdy na rynek pracy zaczynały wchodzić roczniki wyżu demograficznego, a granice nie były jeszcze szeroko otwarte. Edukacja wydawała się jedyną formą ucieczki przed bezrobociem, a że nie każda głowa wytrzymywała nadmiar wiedzy technicznej, powodzeniem cieszyły się kierunki ‘humanistyczne’. Powstawały Wyższe Szkoły Tego i Owego, Akademie Lansu i Bounce’u, czy Podyplomowe Szkoły Ogrodnictwa i Naleśnictwa.
Zresztą gdyby nawet kadra naukowa była w stanie przerobić 100% maturzystów na inżynierów i tak by niczego to nie zmieniło. Rachityczna polska gospodarka nie była i nie jest w stanie wchłonąć wystarczająco dużo chętnych do pracy. I nie ma tu co wierzyć w bajki o braku wykwalifikowanych rąk do pracy. Byłem zaangażowany w wystarczającą ilość rekrutacji, by wiedzieć, że oferując przyzwoite wynagrodzenie da się znaleźć dowolnego pracownika. Płacz słychać wtedy, gdy chce się ‘oszczędzać’ i szuka się frajera na odpowiedzialne miejsce pracy. Niestety, wykwalifikowani pracownicy rzadko są frajerami i jeszcze rzadziej będą pracować za minimalne wynagrodzenie.
Najgorsze jest to, jak bardzo egoistycznie podeszła do tego problemu młodzież. Skoro zagrożenie bezrobociem jest zauważane masowo, to na tym fundamencie dałoby się zbudować ruch społeczny, który tak nacisnąłby na polityków i ich szefów, że podjęto by w końcu jakieś kroki zaradcze. Zamiast tego każdy stara się przepchać się jak najbliżej koryta, bez zważania na resztę. Aby dobrze to zrozumieć wyobraźmy sobie jakieś dobro, występujące w handlu w ilości niewystarczającej, jak na przykład kiełbasa w PRL. Można zrobić strajk czy dążyć do obalenia ustroju, a można się przepychać łokciami przed wejściem do sklepu mięsnego. Tylko ta pierwsza strategia może być skuteczna, druga absolutnie się nie sprawdza, niezależnie czy chodzi o deficytową wędlinę czy o deficytowe miejsca pracy. Winą w obu przypadkach jest chory system.
Widać pewne wyraźne podobieństwa amerykańskiego i polskiego rynku pracy. Najwyraźniej pewne procesy występują globalnie – niezależnie czy rozpatrujemy je jaki procesy społeczne czy zjawiska ekonomiczne. W Ameryce widać ten sam owczy pęd do ‘wiedzy’, jako efekt świadomości realiów i lęku przed bezrobociem.Widać te same absurdy ślepych uliczek edukacji – wypuszcza się absolwentów totalnie niezdatnych do jakiejkolwiek pracy (słynny kierunek studiów communication – bynajmniej nie telecommunication). Wypuszcza się też absolwentów w ilościach totalnie nieadekwatnych do potrzeb rynku pracy – można tu przytoczyć słynną masową produkcję bezrobotnych prawników.
Wszystko to podlane jest sosem konsumpcjonizmu i zadłużania się. Hollywood rocznie wypuszcza dziesiątki filmów pokazujących wyidealizowane życie studenta. Pokaże się trochę cycka, trochę pijackich imprez, życie w bractwach … Wszystkie te American pie, Legally blonde … to nie ma nic wspólnego z prawdziwym życiem. Jakoś żaden reżyser nie potrafi pokazać w śmieszny sposób, jak bardzo zadłużeni są absolwenci oraz jak się mają koszty edukacji na tle inflacji czy wynagrodzeń:
Może nie jestem na bieżąco z polskimi mediami, ale jakoś nie trafiłem na krytyczną ocenę tego stanu rzeczy w polskim Youtube. Jest za to sporo fajnych treści w amerykańskim Internecie, na przykład Peter Schiff pytający pracowników dzielnicy uciech Nowego Orleanu o posiadane wykształcenie wyższe:
Tak, to już koniec marzeń o wysokiej konsumpcji i życiu opartym na karierze w korpo. Nie ma przyszłości dla schematu liceum – studia – korpo – emerytura. Korpo nie przyjmuje już absolwentów jak w latach 70 w USA, to nie ten sam świat. Nie będzie też emerytur – korpo nie oferuje już emerytalnych programów pracowniczych, państwowe systemy rzężą ostatkiem sił, a obywatele zamiast oszczędzać na własną starość wydają kasę na podatki i odsetki od kredytów.
W niedalekiej przyszłości w wielkim stylu powrócą rodziny trzypokoleniowe. Jeżeli emerytury są niskie to dziadkowie nie są w stanie utrzymać samodzielnie nieruchomości. Z kolei zadłużeni rodzice nie mogą sobie pozwolić na finansowanie przedszkoli i jedzenie ‘na mieście’, skoro ledwo dopinają budżet domowy – tymi usługami tradycyjnie zajmowali się seniorzy. Najmłodsze pokolenie nawet po osiągnięciu dorosłości musi zostać z rodzicami – 50% bezrobocie młodzieży, staże czy prace za stawki minimalne nie dają możliwości usamodzielnienia się. To już widzimy na świecie, a jest to dopiero początek nadciągającej fali powrotu do przetrenowanego modeli rodziny.
Skoro nie da się za wiele zmienić, można się chociaż trochę pośmiać:
Posiadam SGSIII, lecz niedługo zamieniam go na Note II, wydaje mi się że granica między tel a tabletem to 5,5 cala. Robienie telefonów o przekątnej powyżej 6 to już lekka przesada. Oczywiście można uznać że jest to produkt dla ludzi powyżej 2 metrów wzrostu, mają oni swobodę korzystania z takiego urządzenia, lecz jest to produkt niszowy a zwykły Kowalski 1.7 m, małe donie, nie będzie w stanie obsługiwać jedna ręką takiego kolosa.
Pewnie i tak się przyjmie…
To racja, kiedyś uciekali wszyscy od wielkich telefonów na rzecz tych małych poręcznych a teraz za nie długo dostaniemy telefony cienkie jak kartka papieru i wielkie tak, że nie będzie ich gdzie włożyć. Fajnie jest mieć duży ekran, ale jak ktoś chce mega dotykowy to niech sobie tablet kupi albo laptop..
mi isę w tym telefonie podoba że jest czuły nawet jak się ma ręce z kremu czy spocone nawet nie to co inne telefony gdzie żeby coś napisać czy zrobić trzeba padnąć na kolana i się modlić o to by się udało wstukać choć jeden znak…
To jest najnowszy soniak??
A przypomnij co i jak? Ja nic o tym nie słyszałem… Gdzie o tym było mówione czy pisane?