Hama poszerzyła ofertę słuchawek o nowe modele z serii Monster Beats. Niebanalny design oraz brzmienie sprostają oczekiwaniom wielu melomanów.
Monster Beats to marka sygnowana przez znanego producenta muzycznego oraz rapera Dr. Dre. Słuchawki z charakterystyczną małą literą „b” spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem fanów muzyki na całym świecie. Firma, zachęcona spektakularnym sukcesem, kontynuuje współpracę z kultowym raperem, której owocem są nowe modele słuchawek. Beats Pro to propozycja dla najbardziej wybrednych melomanów. Żeby zapewnić optymalną jakość dźwięku producent zatroszczył się o każdy najdrobniejszy detal. Muszle uszne ze zwiększoną gęstością pianki oraz precyzyjne odcięcie zewnętrznego hałasu gwarantują doskonała izolację dźwięku. Zastosowana w słuchawkach technologia Pro-Sound Caliber sprawia, że użytkownik korzysta z szerokiego pasma przenoszenia, takiego jak w monitorach studyjnych. Głębokie basy oraz krystalicznie czysty dźwięk pozwalają bez końca delektować się ulubioną muzyką. Poza nieskazitelną jakością brzmienia słuchawki cechują się ergonomią. Unikalne obrotowe muszle usprawniają monitoring pomieszczenia, nie zdejmując słuchawek z uszu można np. bardzo szybko sprawdzić o czym dyskutują znajomi.
Alternatywą dla nausznych słuchawek Beats Pro jest model Beats Studio. Słuchawki zapewniają mocny i wyraźny dźwięk. Dwa mikrofony przechwytują zewnętrzny hałas, pozostawiając słuchaczowi pełną gamę czystego dźwięku. Wbudowany pilot Control Talk z mikrofonem ułatwia odtwarzanie, przewijanie utworów, a także odbieranie połączeń telefonicznych. Ciekawym rozwiązaniem są wymienne nakładki na pałąk, nadające słuchawkom niepowtarzalny wygląd.
Z kolei douszne słuchawki Powerbeats Sport sprawdzają się podczas porannego biegu czy też przejażdżek rowerowych. Regulowany zaczep na ucho z elastycznym ramieniem zawija się wokół ucha, utrzymując słuchawki podczas pracy czy zajęć rekreacyjnych. Producent testował Powerbeats Sport w ekstremalnych warunkach. Są one odporne na promieniowanie słoneczne, deszcz czy pot. Świetnie też współpracują z telefonami komórkowymi, pozwalając na prowadzenie rozmów telefonicznych w trybie głośnomówiącym, bez użycia rąk. Podobnie jak model Beats Studio posiadają wbudowanego pilota Control Talk. Konstruktorzy słuchawek nie zapomnieli zadbać o najwyższą jakość dźwięku. Subwoofer dostarcza potężny i sprężysty bas, zaś głośnik średniotonowy odtwarza łagodny wokal i czyste tony wysokie.
Ofertę słuchawek z serii Monster Beats uzupełnia model Beats Wireless. To propozycja dla osób, które cenią sobie swobodę. Wbudowany akumulatorek pozwala działać bez kabla nawet do 10 godzin. Co ważne, słuchawki emitują mocny i wyraźny dźwięk, którego jakość jest porównywalna do tradycyjnych modeli z kablem.
źródlo: Hama
Kan
Umm… moze to szczegol, ale to nie sa NOWE modele, tylko STARE modele Beatsow. Innymi slowy to, ze akurat HAMA poszerzyla oferte o ich sluchawki, nie znaczy, ze macie dawac naglowek „Nowe modele Monster Beats” – zabawa w onet to chyba kiepski pomysl, tak samo jak puszczanie prasowek bez minimalnego skorygowania..
Spain’s Immigrant Invasion
Cheradenine Zakalwe
dzisiaj, 07:48
Much has been made in the British press recently about the results of the latest census, which showed 3 million immigrants had come to live in England Wales within the last decade. This has been denounced as an unprecedented betrayal of a people by its government. It’s undoubtedly a great betrayal. But it also has a precedent, or rather a parallel since it occurred at the same time: Spain.
Spain’s census results were also published recently. They showed that an even larger number of immigrants came to Spain during the same decade: 3.5 million rather than Britain’s 3 million. Since Spain’s base population of around 40 million was significantly smaller than Britain’s, this also represents a bigger proportional increase, rising to 46,815,916 in absolute terms. The population of England and Wales grew by 7.8% during the last decade. Spain’s grew by almost double that: 14.6%!
Of course, not all immigrants to Spain are savages. Many northern Europeans, like me, come here because they like the lifestyle, or to retire. But, unquestionably, a great many savages come too.
What’s most worrying about Spain is that there seems to be hardly any organised political resistance to the immigrant invasion. I hardly ever see it discussed as a problem by politicians or political commentators. It’s as if Spain’s long history as a tourist destination has somehow acculturated Spanish people to accept the presence of foreigners („guiris”) in their midst. If so, this is a profoundly dangerous mindset. North African Mohammedans won’t be bringing any money with them, and they won’t be going home after two weeks. You would think that the Spanish would understand the sinister and threatening nature of Islam better than anyone. But no. There’s hardly any discussion of it and, when there is, it’s the usual multicult, convivencia, Al-Andalus nonsense you hear everywhere. Only the historian Serafín Fanjul speaks out vigorously against the myth of Al-Andalus. I will write more about his work in future.
Source: El Mundo
Utility vs. entertainment
Seth Godin
dzisiaj, 11:11
A graduate seminar is going on, with a dozen students paying a fortune to fill seats that are in high demand. Some of the students are using cell phones to update Facebook or tweet–and they are sitting right next to students listening intently and not merely taking notes. This juxtaposition puts a very sharp point on an overlooked distinction: some forms of media we engage with because there’s a significant utlity, and sometimes, we’re merely entertaining ourselves.
Every student in the lecture makes a choice in each moment–to be entertained and be in sync with the crowd online, or to find utility, by doing the more difficult work of focusing on something that only pays off in the long run.
And if that was the end of it, caveat emptor. But it’s not, because media consumed doesn’t merely have an impact on the consumer.
Media, of course, has morphed and expanded, and the change is accelerating. It has grown in both time spent and impact on us. Now, media consumption changes just about everything in our lives, all day long. While a century ago, a few minutes a day might have been spent with a newspaper or reading a letter, today, it’s not unusual for every minute of the day to involve consuming or creating media (or dealing with the repercussions of that). Media doesn’t just change what we focus on, it changes the culture it is part of.
I think we can agree that sending animated gifs or wasting an hour with the Jersey Shore have no utility, really, other than as a pasttime. Court TV didn’t make us smarter, it just wasted our time and attention. At the other extreme is learning a difficult new skill or attending an essential meeting, bringing full attention to something that doesn’t always delight or tantalize. Or consider the difference between viewing politics as a sporting event with winners and losers each day, compared with the difficult work of digging in and actually understanding (and participating in) what’s being discussed…
The blended situations, though, are worth sorting out. Is watching the news an activity that has utility? Perhaps it does for a headline, but is an endless, shallow, pundit-filled examination of politics or disasters actually producing value? When we involve desperate strangers in reality TV shows (planned or not), where is the utility? Does it make us better?
The media-industrial complex, of course, wants to turn everything into a profitable show. Is that what we want?
More media is not better media.
Fast media is not improved media.
Pack media is not the media we need.
Entertaining media is not the only option.
Dlaczego powinniśmy podziwiać babcię Michała
Survivalista (admin)
piątek, 12:28
Wczoraj na naszym fanpejdżu na FB Michał wrzucił taką oto wiadomość:
31 lat temu wpadła do mojego pokoju Babcia ze słowami “Jest wojna ale nie ma co się bać ja przeżyłam 2 idę kupić kasze i mąkę” -nie wiem jak to zrobiła w niedzielę w 1981, ale przytargała 2 torby kaszy i mąki
Taka postawa jest moim zdaniem ideałem, do którego powinniśmy dążyć. Uznałem, że muszę Wam o tym napisać tu na łamach bloga.
Babcia Michała zachowała się tak, jak ja chciałbym się zachować w kryzysowej sytuacji:
zebrała informacje na temat tego, co się dzieje i przeanalizowała je,
zdała sobie sprawę, że nie jest wesoło i może być jeszcze gorzej,
nie straciła zimnej krwi,
przystąpiła natychmiast do działania, do organizowania tego, co mogło być w najbliższym czasie potrzebne.
Zawsze staramy się tu powtarzać, że nie sposób przygotować się na każdą ewentualność. W domu trzeba mieć sprzęt survivalowy i zapasy, własne źródło prądu, wody, ciepła. To są oczywistości, ale lista rzeczy, które warto byłoby mieć jest praktycznie nieskończona. Podobnie jak nieskończenie długa jest lista zagrożeń, które na nas czyhają, nietypowych zdarzeń, które mogą nastąpić.
Zawsze też staramy się przypominać, że o przetrwaniu nie decyduje ilość zgromadzonych w domu zapasów czy sprzętu. One są cholernie przydatne i dlatego warto je mieć. O przetrwaniu decyduje jednak wola przeżycia i umiejętność odnalezienia się w trudnej sytuacji, zareagowania na nią, improwizacji.
Ktoś kompletnie nieprzygotowany psychicznie na stan wojenny mógłby po prostu usiąść w domu i się rozpłakać, albo zrobić coś równie głupiego. Tymczasem babcia Michała wzięła się do roboty.
Nie da się ukryć, że przeżycia wojenne babci Michała miały spory wpływ na jej postawę. Jeśli przeżyła dwie wojny światowe, miała zapewne dość bogatą wiedzę na temat tego, czego się może spodziewać. Obcy zapewne był jej strach przed przeżyciem czegoś zupełnie nowego, nieznanego. Jestem przekonany, że to właśnie miało spory wpływ na to, że zachowała zimną krew.
My nie mamy za sobą najczęściej takich doświadczeń, ale też możemy się nauczyć odpowiednich, spokojnych reakcji na kryzysowe zdarzenia. Po pierwsze czytając masę książek, oglądając filmy, obserwując doświadczenia innych ludzi. Po drugie, bawiąc się zgromadzonym sprzętem, przyrządzając potrawy z zapasów żywności na turystycznej kuchence gazowej czy ognisku. Dzięki temu w kryzysowej sytuacji będziemy mieli jedno zmartwienie mniej — wiemy, jak działa ten sprzęt i co trzeba z nim zrobić. Po trzecie, ćwicząc różne nietypowe sytuacje. Na myśli mam tu np. symulację wyłączenia prądu czy inne tego typu przećwiczone scenariusze. Również wyjazd pod namiot na działkę dla kogoś, kto przywykł do nocowania w hotelach, będzie takim testem. Po czwarte, wychodząc poza strefę naszego komfortu i robiąc rzeczy, których nigdy wcześniej nie robiliśmy. To przyzwyczai nas do tego, że sytuacje dokoła nas mogą się drastycznie pozmieniać.
Dlatego bierzcie dobry przykład z postawy babci Michała. 🙂
Wrak nie wraca
Dział Zagraniczny
dzisiaj, 09:54
Pogoda była fatalna, widoczność praktycznie zerowa, piloci Tupolewa musieli lądować na czuja. Zahaczyli o drzewo. W katastrofie zginął prezydent i elita sceny politycznej. Rola Rosjan jest niejasna. Rodzina i byli współpracownicy prezydenta mówią o zamachu. Według raportu komisji zorganizowanej przez wrogiego sąsiada – na którego terytorium rozbił się samolot – maszyna była sprawna, a winę ponosi załoga, która nie zachowała procedur bezpieczeństwa, zignorowała ostrzeżenia o zbliżaniu się do ziemi i zdecydowała o lądowaniu mimo braku widoczności.
Teraz sprawa wraca na wokandę – południowoafrykańska policja znów bada katastrofę, w której trzy dekady temu zginął Samora Machel, przywódca sąsiedniego Mozambiku.
WrakCzy leci z nami pilot? (Fot. John McGarvey/Flickr)
Kapitan Paul Ramaloko, rzecznik prasowy “Jastrzębi” – elitarnej jednostki policyjnej prowadzącej najtrudniejsze śledztwa – odmówił podania szczegółów, ale w zeszłym tygodniu przyznał lokalnej prasie, że funkcjonariusze ponownie pracują nad sprawą sprzed lat. Wieści zbiegły się w czasie z informacjami o hospitalizowaniu Nelsona Mandeli, więc w Internecie pojawiły pół-żartobliwe komentarze, że RPA ściga się z czasem: umierający były prezydent od lat ma bardzo osobiste powody, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości wokół śmierci swojego kolegi.
W 1986 r. Mandela wciąż siedział w więzieniu, Afrykański Kongres Narodowy był nielegalny, a jego działacze ścigani przez prawo. Schronienie znajdowali w sąsiednim Mozambiku, który – sam niepodległy od kilku lat – wspierał wszystkie ruchy wyzwoleńcze w okolicy. Równocześnie zmagając się z własną zbrojną opozycją, finansowaną przez RPA: dla Pretorii, Samora Machel był wrogiem numer jeden.
19 października 1986 r., prezydent Mozambiku udawał się do Zambii na spotkanie z innymi weteranami wojen o niepodległość. W obie strony leciał radzieckim Tupolewem pilotowanym przez Rosjan. Machel, zdecydowany marksista, od razu po przejęciu władzy zawiązał sojusz ze Związkiem Radzieckim – innego wyjścia w zasadzie nie miał, masowa emigracja Portugalczyków doprowadziła ich dawną kolonię do zapaści gospodarczej, kraj zaczęła więc utrzymywać Moskwa. Samolot został zbudowany w Rosji specjalnie dla Mozambiku, trzy lata przed lotem do Zambii przeszedł gruntowny przegląd techniczny, załoga miała doświadczenie w lataniu nad tą częścią Afryki.
0 21:21 maszyna zniknęła z radarów.
Znaleziono ją następnego dnia w trudno dostępnej części RPA, tuż przy granicy z Mozambikiem. Szczątki rozbitego Tupolewa ciągnęły się przez ponad 800 metrów, zginęli wszyscy członkowie załogi poza mechanikiem pokładowym, oraz 26 z 35 pasażerów, w tym Fernando Honwana uważany za “numer dwa” po prezydencie.
Maputo i Moskwa (do której formalnie należał samolot) odmówiły udziału w zorganizowanej przez Pretorię komisji śledczej. Ta winą obciążyła radziecką załogę, która miała być rzekomo podpita i podjęła się lądowania mimo braku właściwej nawigacji, oraz przy zerowej widoczności. Ostatni obraz z czarnych skrzynek to klnący siarczyście kapitan, który obniża lot pomimo alarmu systemu ostrzegającego o zbliżaniu się do ziemi. Tupolew rozbił się tuż po zahaczeniu lewym skrzydłem o drzewo.
W taką wersję od samego początku nie dawali wiary przyjaciele i współpracownicy Machela. Chociaż samolot spadł 65 km na zachód od stolicy Mozambiku, nagrania są dowodem, że załoga do samego końca była przekonana, że jest już nad lotniskiem w Maputo. Wśród zwolenników teorii o zamachu od lat krąży więc koncepcja, że podczas feralnego lotu południowoafrykańskie służby specjalne zakłóciły sygnały z radiolatarni w miejscu katastrofy i specjalnie sprowadziły samolot na fałszywy kurs. Jacinto Veloso – weteran wojny o niepodległość i późniejszy szef mozambickiego wywiadu – w wydanych kilka lat temu wspomnieniach sugeruje, że Pretoria działała w zmowie z Moskwą, z którą Machelowi miało być coraz bardziej nie po drodze.
W 2001 r., sześć lat po upadku apartheidu, specjalne śledztwo w tej sprawie przeprowadziła południowoafrykańska Komisja Prawdy i Pojednania. Chociaż nie zeznawał przed nią żaden ekspert lotniczy, to dochodzenie zyskało rozgłos, bo jednym ze świadków była Graça Machel, wdowa po prezydencie Mozambiku, oraz… obecna żona Nelsona Mandeli. Legendarny polityk w ostatnim roku sprawowania urzędu odwiedził miejsce wypadku, gdzie publicznie oświadczył: “To bolesne, że nasza misja wyjaśnienia przyczyn katastrofy pozostaje niedokończona”. Więc, być może, południowoafrykańska policja próbuje właśnie rozwiać smutek Mandeli jeszcze przed jego ewentualną śmiercią.
Pewne jest tylko jedno: wrak nigdy nie wróci do Mozambiku. Już dawno trafił na złomowisko.
No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.
Wyłączanie notowań
Autor: Trystero | Tagi: ego depletion, pozwól zyskom rosnąć, psychologia, strategie inwestycyjne, wyłączanie notowań | 2012.12.17
Obejrzałem wywiad z jednym ze zwycięzców konkursu Bossa FX – Filipem. Zapytany o to jak radzi sobie z emocjami w przypadku pojawienia się dużej straty odpowiedział, że w przypadku istotnych strat, co do których nie istnieją rynkowe przesłanki zamknięcia pozycji, często decyduje się na wyłączenie notowań i odejście od biurka.
W takiej sytuacji naturalnym zleceniem obronnym jest zamknięcie pozycji przez brokera w przypadku wystąpienia niewystarczającego depozytu.
To nie pierwszy przypadek, w którym spotykam się z techniką wyłączania notowań. Kilka miesięcy temu czytałem podobną historię na blogu The Stock Sage. Autor bloga opisuje jeden dzień z kariery zawodowej skutecznego inwestora: po zbudowaniu pozycji na rosnącej po otwarciu sesji spółce inwestor opuszcza biuro po wcześniejszym ustawieniu zlecenia obronnego. Około południa sprawdza notowania spółki, które zgodnie z oczekiwaniami znajdują się powyżej porannych poziomów i przestawia stop loss na wyższy poziom. O godzinie 14:00 wraca do biura zamyka większą część pozycji realizując zysk. Pozostałą część pozycji zamyka na zamknięcie notowań.
Być może powyższe historie stosowania strategii „wyłączonych notowań” przypominają wpisy na forach giełdowych z okresu wielkiej bessy na małych i średnich spółkach, w których zdesperowani kilkudziesięcioprocentowymi stratami inwestorzy pocieszali się wzajemnie i radzili nie „zaglądać na rachunek przez najbliższe kilka miesięcy aż to wszystko się skończy”.
Traktowanie strategii „wyłączonych notowań” jako przejawu desperacji jest jednak wielkim nieporozumieniem. Wspomniani powyżej dwaj skuteczni inwestorzy nie stosowali jej ponieważ nie posiadali sprecyzowanej strategii inwestycyjnej. „Wyłączali notowania” (czy opuszczali biuro) ponieważ zdawali sobie sprawę, że w przypadku niestosowania w 100% automatycznego inwestowania istnieje ryzyko zepsucia dobrego planu inwestycyjnego wskutek podjęcia emocjonalnej decyzji.
Wspomniany na blogu The Stock Sage inwestor wiedział, że śledzenie każdej zmiany notowań spółki, na której ma się otwartą pozycję może doprowadzić do niezgodnego z planem inwestycyjnym zbyt szybkiego zrealizowania zysków wskutek napływających, lecz niewnoszących nic nowego informacji (tweetów, komentarzy na forach, komentarzy analityków) lub wskutek krótkotrwałych, gwałtownych wahań notowań.
Osoby posiadające praktyczne doświadczenie na rynku wiedzą, że jedną rzeczą jest posiadanie strategii inwestycyjnej i planu inwestycyjnego dla każdej zawieranej transakcji (czyli co najmniej powodu podjęcia transakcji, poziomu zlecenia obronnego i poziomu realizacji zysków) a inną rzeczą zdolność do realizacji tego planu inwestycyjnego przy nieustannych napływie bodźców w postaci każdej nowej informacji, każdego nowego ticku i każdego nowego zlecenia w arkuszu.
Osoby nieposiadające praktycznego doświadczenia na rynku mogą porównać tę sytuację z przykładami ze zwykłego życia – często doskonale wiemy co powinniśmy robić (uczyć się do egzaminu, napisać pracę zaliczeniową, zdrowo się odżywiać) a mimo to robimy coś innego (oglądamy cały sezon Mad Mena, czytamy The Onion, jemy czekoladowego batonika). Strategia „wyłączenia notowań” jest w tym przypadku niczym innym niż zadbaniem by w domu nie było czekoladowych batoników.
Moim zdaniem, nie można także rozpatrywać strategii „wyłączonych notowań” bez wspomnienia o zjawisku wyczerpywania się ego. Jakiś czas temu zwróciłem uwagę, że badania naukowe sugerują, że samokontrola, siła woli nie jest umiejętnością, którą można ćwiczyć. Jest raczej czymś w rodzaju energii, która wyczerpuje się w miarę używania. Wspomniane badania wskazują, że zasoby samokontroli wyczerpywane są w sytuacjach wymagających: konieczności oparcia się pokusie, dokonania przemyślanego wyboru, ścisłego kontrolowania emocji czy zachowywania długotrwałej koncentracji (na wymagającym uwagi i wysiłku intelektualnego zadaniu).
Tak więc nawet jeśli jesteśmy w stanie przezwyciężyć generowane przez rynkowy szum emocjonalne bodźce do porzucenia planu inwestycyjnego to najprawdopodobniej ponosimy z tego powodu istotne emocjonalne koszty. W takiej sytuacji pozbawienie się „pokusy” wskutek wyłączenia notowań, odejścia od biurka (czy wyłączenia podglądu tego konkretnego instrumentu) może być najbardziej rozsądnych rozwiązaniem. Oczywiście, w pełni automatyczne inwestowanie zupełnie oszczędza opisanych wyżej problemów.
Naturalnie, „wyłączanie notowań” wiąże się z istotną niedogodnością – inwestor pozbawia się możliwości reakcji na napływające na rynek cenotwórcze informacje. Występuje więc pewnego rodzaju trade-off. Inwestor izoluje się rynkowego szumu ale może się także odciąć od istotnych, cenotwórczych informacji.
Więcej informacji o wyczerpywaniu się ego na blogu Dana Ariely’ego i na blogu YANSS
Wywiad z Filipem: