Witam, na Śląsku chyba wystąpiła awaria sieci T-Mobile u nas w firmie nie działa żaden telefon, i co chwila wyświetla się komunikat „Sieć zajęta”. Nigdzie nie znalazłem jeszcze informacji o awarii – poinformował Telix.pl Czytelnik.
– Od dwóch godzin, nie działają połaczenia głosowe i nie można połączyć się z Biurem Obsługi Abonentów ” – precyzował internauta z Mikołowa.
Problemy abonentów trwają w całej Polsce. Biuro Obsługi Abonentów informuje, że „obecnie mogą występować utrudnienia z korzystaniem z usług głosowych. Pracujemy nad jej usunięciem, kiedy zakończą się problemy trudno powiedzieć„.
Próbujemy skontaktować się z biurem prasowym w tej sprawie
Aktualizacja: 12:22
Rzeczywiście były utrudnienia, ale problem został usunięty i wszystko wraca do normy” – dowiedzieliśmy się w Biurze Prasowym PTC.
„Obecnie mogą jeszcze występować utrudnienia w połączeniach wewnątrz sieci. Ich przyczyna została już usunięta i w najbliższym czasie problemy powinny całkowicie ustąpić. Przepraszamy za ewentualne niedogodności.” – czytamy w oficjalnej informacji PTC, operatora sieci T-Mobile.
źródło: wł.
Kan
Nie tylko na Śląsku. W kujawsko-pomorskim także jest jakaś awaria.
W lubuskim też nie działa (heyah), awaria chyba na cały kraj. Jaka wtopa nie dość, że wprowadzają opłaty to jeszcze system sobie pokaszanili…
W Toruniu działa normalnie… Może już naprawili.
Jak dodzwoniłem się do BOKu to dostałem informacje, że awaria zostanie usunięta maksymalnie w ciągi kilkudziesięciu.
W Toruniu nie działają wychodzące – odbierać można.
W Warszawie też nie działa. Nie da się zadzwonić. Przychodzące z innych sieci działają.
w Warszawie też nie działają w firmie żadne telefony
w Krakowie też nie działają wychodzące 🙁
Białe Błota koło Bydgoszczy też nie działa 🙁 ani t-mobile ani heyah
ale sms’y działają, bo do męża wysłałam wiadomość 😉 i odpisał!!!
Wielkopolska – połączenia przychodzące działają, wychodzące nie.
W Krakowie jest różnie na tą chwilę. Wychodzących nie ma przychodzące z obcych sieci tylko na niektóre. Interaktywny BOK też wykazuje SERVER ERROR. dodzwonić do nich się nie da. Tylko u nas jest możliwy taki skandal!!!
Szanowni Państwo
W chwili obecnej mamy niestety ogólnokrajową awarię sieci, która dotyczy numerów w taryfach biznesowych z włączonymi usługami Sieć Firmowa / Darmowa Sieć Firmowa.
Problem ma nadany najwyższy priorytet i trwają intensywne prace nad jego usunięciem.
Przepraszam za zaistniałą sytuację.
Pozdrawiam.
abonamenty chyba chodzą, problem jest z pre-paidami
Próba sprawdzenia stanu konta:
http://youtu.be/mgSD-7mxDJ8
W Płocku , w warszawie tez nie dzialaja polaczeina wychodzace od 2 godzin
Pewnie T-mobile w związku z awarią wprowadzi nową opłatę w cenniku – 2zł za brak dostępu do telefonu i 0.04zł za sprawdzenie zasięgu – to odnośnie tych wszystkich opłat WITAM W PLAY!
na Opolszczyźnie też awaria, w pre-paidzie można dodzwonić się na komórkę t-mobile ze stacjonarnego, można też wysłać sms-a, ale zadzwonić nie ma szans
Nie działają połączenia wychodzące zarówno w abonamencie jak i prepaidzie.. dodzwonić się nie ma problemu, nie da się wykonać połączenia.
w Bydgoszczy nie działa ;(
Banda nieodpowiedzialnych warchołów!!! Chyba można dać info na swoją stronę www że coś jest nie tak!!! I oni chcą utrzymać klientów??? Czym, ja się pytam, czym???
Proszę o kulturę wypowiedzi Andrzej
sorki…
ale nóż się w kieszeni otwiera:(
a zmiana wyszukiwania sieci na orange pl moze cos wam da?
Rzeczywiście, w Bydgoszczy nie działa. Smsy owszem, ale połączenia wychodzące i logowanie przez stronę heyah.pl- nie. Mam nadzieję, że wkrótce to naprawią -.-
W Ustroniu także nie dziala…..czas na zmiane sieci.
W Sopocie i Gdańsku nie sieć padła, od czasu do czasu komuś udaje się wysłać sms.
[quote]W Sopocie i Gdańsku sieć padła, od czasu do czasu komuś udaje się wysłać sms. [/quote]
Przepraszam, to jest poprawny komentarz.
wrocław tez nie dziala ani abo ani preapid
W Katowicach już działa.
Na Mazowszu już jest OK, wszystko działa więc już naprawili usterkę.
hej chcialabym się zapytać czy może ktoś wie jaki jest kod dostępu do zmian ustawień np by przywrócić ustawienia fabryczne, etc. Bo nie działa mi internet w telefonie i bardzo mnie to irytuje.
U mnie w Gdyni też nie działał przed południem teraz jest ok
Władze czują miętę
Dział Zagraniczny
wczoraj, 10:08
Nawet trwająca pół dnia ulewa nie powstrzymała kilku tysięcy demonstrantów przed zebraniem się w centrum miasta. Przez trzy godziny stłoczony pod morzem parasolek tłum wylewał swoje żale na imigrantów: że zawyżają koszty życia i nieruchomości, że dostają dopłaty, a nie muszą odbywać obowiązkowej dwuletniej służby wojskowej, że odbierają pracę miejscowym i ogólnie ich unieszczęśliwiają. Wszystko to przerywane regularnymi prośbami organizatorów, by nie używać haseł o wymowie ksenofobicznej, ani tym bardziej politycznej.
Sobotni protest miał bowiem miejsce w Singapurze. Kraju paradoksów. I niewyobrażalnie kiczowatej nacjonalistycznej propagandy w reklamach firmy Mentos.
Dziewczyna z SingapuruPamiętaj dziewczyno, jeżeli poznany na imprezie chłopak ssie mentosa, to miej się na baczności (Fot. Philippe Put/Flickr)
Paradoksem jest, że mimo jednego z najniższych poziomów płodności na świecie, Singapur jest równocześnie najgęściej zaludnionym krajem, a po wprowadzeniu w życie planowanych reform stanie się jeszcze ciaśniejszy. Że jeden z bardzo niewielu protestów w jego historii jest wymierzony w imigrantów, chociaż ci stanowili nieodłączny element miejscowego pejzażu nawet przed uzyskaniem niepodległości. Że chociaż przybysze mają być rozwiązaniem dla braku rąk do pracy, to wielu z nich przyjeżdża do Singapuru z ogromnymi fortunami i sztucznie zawyża ceny. I że w telewizji mogą lecieć reklamówki namawiające widzów do seksu, a w sklepach nie da się kupić płyty wokalistki śpiewającej o miłości.
Niedzielny protest sprowokowały ogłoszone dwa tygodnie wcześniej prognozy rządowe, zgodnie z którymi do 2030 r. populacja kraju powinna się zwiększyć z nieco ponad 5 milionów do prawie 7. Ponieważ jednak współczynnik dzietności wynosi zaledwie 1,2 i nie zapewnia zastępowalności pokolenia, władze chcą osiągnąć skok otwierając szeroko drzwi dla imigrantów. Którzy i tak stanowią już 40 proc. miejscowej ludności. I są według niej problemem, bez względu na posiadany status społeczny.
W maju lokalne media społecznościowe obiegło nagranie, na którym widać, jak rozpędzone Ferrari 599 GTO nie zatrzymuje się na czerwonym świetle i z impetem uderza w przejeżdżającą na skrzyżowaniu taksówkę. W wypadku zginęła dwójka jej pasażerów, oraz kierowca luksusowego auta, którym okazał się mieszkający w Singapurze chiński milioner. Przez kilka następnych tygodni media poświęciły sprawie liczne oburzone komentarze, ale prawdziwy festiwal nienawiści do imigrantów z Państwa Środka rozegrał się w internecie, gdzie niektórzy komentatorzy sugerowali nawet, żeby uniemożliwić pochowanie kierowcy Ferrari na miejscowym cmentarzu, bo “jego prochy zanieczyszczą singapurską ziemię”. Choć przytłaczająca większość obywateli sama jest chińskiego pochodzenia, to wielu z nich nie kryje nienawiści do kuzynów z ChRL, których na południowym krańcu Półwyspu Malajskiego jest prawie milion, aż o 23 proc. więcej niż przed dekadą. A ponieważ wielu z nich jest jest milionerami, to Singapurczycy skarżą się, że przyjezdni windują w górę nie tylko wartości i tak nielicznych nieruchomości, ale też ceny w sklepach, oraz barach. I że mogą sobie finansowo pozwolić na wjeżdżanie samochodami do centrum miasta, przez co korkują je w sposób przed laty niewyobrażalny. Na ulicy można więc coraz częściej usłyszeć o “bogatej chińskiej szarańczy”.
Niechęć nie jest jednak wyrazem rosnących podziałów klasowych, tylko zwykłego nacjonalizmu, bo miejscowym nie w smak są także ubodzy Chińczycy, którzy imigrują na miejsce w poszukiwaniu zarobku. Nie podoba im się, że są głośni, gburowaci, plują na ulicy i przepychają się w metrze. A przede wszystkim, że kradną cenne miejsca pracy, jak chociażby w transporcie miejskim – co siódmy kierowca tutejszych autobusów jest Chińczykiem. W listopadzie 171 z nich nie przyszło do pracy w proteście przeciw zaniżanym pensjom i złym warunkom lokalowym, fundując Singapurowi pierwszy strajk od od 1980 r. Zaskoczone były lokalne media, które nie wiedziały jak relacjonować wydarzenia, oraz sam rząd, któremu aresztowanie organizatorów zajęło aż kilka dni.
A władze nie są przyzwyczajone do sprzeciwów. Prawo wyborcze jest tak skonstruowane, że chociaż w wyborach 2011 r. rządząca od uzyskania niepodległości Partia Akcji Ludowej mimo tradycyjnej praktyki rozdawania prezentów i obietnic uzyskała tylko 60 proc. głosów – co było jej najgorszym wynikiem w historii – to i tak dostała w parlamencie 81 na 87 możliwych miejsc. Członkowie opozycji, którzy są zbyt aktywni we własnych kampaniach wyborczych, dostają pozwy sądowe o zniesławienie, a okręgom, które na nie głosują, obcina się dotacje. Żeby zorganizować jakąkolwiek demonstrację, trzeba wcześniej uzyskać zezwolenie od władz.
Dlatego organizatorzy sobotniego protestu wykorzystali uchyloną furtkę i wezwali mieszkańców do zebrania się w parku Hong Lima, gdzie znajduje się wzorowany na brytyjskim pierwowzorze Speakers’ Corner: od 2008 r. można tam manifestować nawet ze sprzętem nagłaśniającym, a jedynym wymogiem jest przestrzeganie ciszy nocnej. Chociaż pogoda nie dopisywała, a wyznaczony teren jest niewielki, to na demonstrację przybyły prawie 4 tysiące niezadowolonych z planowanej reformy imigracyjnej.
Taki przejaw obywatelskiego nieposłuszeństwa byłby nie do pomyślenia jeszcze dwa lata temu, kiedy władzę żelazną ręką trzymał Lee Kuan Yew, “ojciec niepodległości” i niekwestionowany przywódca Singapuru przez ponad pół wieku. Dziś nie wiadomo nawet, czy “Harry” – jak bywa nazywany przez rodzinę i bliskich znajomych – w ogóle słyszał o protestach: tuż przed demonstracją trafił do szpitala z niedokrwieniem mózgu. Ze społecznym niezadowoleniem musi więc sobie radzić jego następca (a prywatnie syn) Lee Hsien Loong, który przejął władzę po wspomnianych wyborach z 2011 r.
“W 2030 roku nawet sześć milionów [obywateli – przyp. DZ] nie będzie wystarczać, żeby sprostać potrzebom naszej starzejącej się populacji” przekonywał podczas parlamentarnej debaty nad otworzeniem drzwi dla imigrantów. Mimo licznych finansowych zachęt (matki dostają tu po 4 tys. dolarów za pierwszą dwójkę potomstwa i po 6 tys. dolarów za każde kolejne), w Singapurze co roku przychodzi na świat aż o 20 tys. za mało dzieci, żeby utrzymać kolejne pokolenia. Aż co trzecia kobieta i co drugi mężczyzna do 34. roku życia woli być singlem.
Z pomocą pośpieszyła więc firma Mentos.
W zeszłym roku koncern wypuścił specjalną reklamówkę na 9 sierpnia, święto narodowe Singapuru, w której namawia mieszkańców kraju do rozmnażania się. Klip trudno jest opisać słowami. Na szczęście sam jest ich pełen:
Najwyraźniej władze poczuły miętę do reklamówki, bo Singapurczycy mogli wysłuchiwać “I’m a patriotic husband, you my patriotic wife, lemme book into ya camp and manufacture a life” bez żadnej cenzury. To spora zmiana, bo jeszcze 12 lat temu rząd zabronił sprzedaży na terenie kraju albumu “All For You” Janet Jackson, ponieważ w jednej z piosenek pojawił się nazbyt obsceniczny jego zdaniem tekst “I just wanna touch you, tease you, lick you, please you, love you, make love to you“.
Być może kluczem do sukcesu jest więc swoista lekcja przystosowania do życia w rodzinie, jaką The Freshmaker serwuje widzom na koniec klipu: “Only financially secure adults in stable, committed, long-term relationships should participate”.
No Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.
—————————————————————————–
piątek
Orlik dla rybaków
Dział Zagraniczny
piątek, 12:25
Zatoka Claxton nie daje już tylu ryb, co przed laty. Wody zostały zanieczyszczone przez miejscowy przemysł i nieuczciwych deweloperów, którzy zrzucają tu odpadki z placów budowy. Trałowanie rozgrzebuje dno morskie, które nie jest się w stanie wystarczająco szybko zregenerować. Ale na miejscowym targu sprzedaje się też coraz mniej makreli, bo rybacy rzadziej wypływają w morze – boją się, że padną ofiarą coraz bezczelniejszych piratów.
Mimo sielankowego obrazu, Trynidad i Tobago ma poważny problem z przestępczością. A człowiek, który powinien ją zwalczać, sam jest skompromitowanym łapówkarzem.
Policja na TrynidadzieNa Trynidadzie łatwiej znaleźć policyjny radiowóz wypełniony skrzynkami piwa, niż przestępcami (Fot. Taran Rampersad/Flickr)
Gary Dipnarine nie był nawet zawodowym rybakiem, tylko fryzjerem – w wolnych chwilach dorabiał pomagając rodzinie na kutrze. W maju zmarł na progu szpitala w San Fernando. Więcej szczęścia miał jego wujek Mickey, którego lekarze zdołali odratować, mimo że został kilkakrotnie postrzelony w klatkę piersiową. Po tym napadzie, władze krajowego związku zawodowego rybaków zaapelowały do policji, żeby wydawała ich członkom pozwolenia na broń.
Piraci zamordowali już na Trynidadzie 15 osób. Wiele innych wzięli na zakładników, jeden z kutrów został ponownie oswobodzony dopiero po przekazaniu 10 tys. dolarów okupu. Tylko w zeszłym roku zrabowali sprzęt i maszynerię z tuzina łodzi. Większość ich ofiar nie potrafi się finansowo podnieść po napadzie – w miarę tani silnik od kutra kosztuje nawet 35 tys. dolarów, a sieci to wydatek kolejnych 15 tys.
Napady na rybaków z zatoki Claxton to tylko wierzchołek góry lodowej. Trynidad i Tobago zmaga się z falą brutalnej przestępczości, która przed laty była nie do pomyślenia. Według danych ONZ, jeszcze w 1998 r. na wyspach zdarzało się 8 morderstw na każde 100 tys. mieszkańców, ale już dekadę później było ich pięć razy więcej. W sierpniu 2011 r. rząd ogłosił stan wyjątkowy w kilku regionach w kraju, po tym jak w ciągu 48 godzin zabito aż 11 osób. Kilka miesięcy później, premier Kamla Persad-Bissessar ogłosiła, że miejscowi gangsterzy chcieli w ramach zemsty zamordować także ją.
Kryminolodzy za wzrost przestępczości obwiniają kokainę. Karaiby są jednym z jej głównych kanałów przerzutowych do Stanów Zjednoczonych, a kolumbijskie kartele często zamiast przemycać ją samemu, posługują się w tym celu pośrednikami. Na Trynidadzie i Tobago nigdy nie powstały tak silne i dobrze zorganizowane grupy przestępcze, jak chociażby na sąsiedniej Jamajce, dlatego o kontrolę walczy ze sobą wiele małych gangów. Rywalizacja jest tak bezwzględna, że mieszkaniec wysp ma statystycznie siedmiokrotnie większą szansę zginąć od kuli zamachowca, niż obywatel Stanów Zjednoczonych.
W Port of Spain nie bardzo potrafią sobie z problemem poradzić. Policjanci są sfrustrowani niskim budżetem, skarżą się na brak sprzętu i zbyt niskie płace. Trzy lata temu wściekli się też, że komendantem głównym i jego zastępcą mianowano dwóch obcokrajowców. Kanadyjczycy Dwayne Gibbs i Jack Ewatski mieli być powiewem świeżego powietrza, który zreformuje niesprawny aparat i przywróci mu skuteczność działania. Chociaż obaj funkcjonariusze zaczęli z przytupem, szybko rozprawiając się z najbardziej skorumpowanymi podwładnymi, to ostatecznie nie wytrzymali negatywnej presji środowiska i w lipcu podali się do dymisji.
Teraz nowym człowiekiem, który ma położyć kres pladze przemocy jest minister obrony narodowej Austin Warner, na wyspach znany po prostu jako “Jack”. Mało kto wierzy jednak w jego kompetencje. Zanim wszedł do rządu, Jack był wiceprezydentem FIFA i wieloletnim przewodniczącym Konfederacja piłki nożnej Ameryki Północnej, Środkowej i Karaibów – z oby tych stanowisk musiał odejść dwa lata temu, kiedy oskarżeń o rażącą korupcję, niekompetencję i zwykłe złodziejstwo (Warner miał sobie rzekomo przywłaszczyć część pieniędzy przeznaczonych na odbudowę zniszczonego w trzęsieniu ziemi Haiti) nagromadziło się tyle, że przerosło to nawet znanych z miedzianych czół piłkarskich działaczy. Teraz minister chce zwalczać gangi, dając młodzieży sportową alternatywę: w ciągu najbliższych kilku lat w całym kraju ma powstać sieć orlików, które zdaniem polityka będą lekiem na całe zło. Wielu jego rodaków ma co do tego jednak spore wątpliwości – projekt kosztuje ponad 300 mln dolarów, więc niektórzy podejrzewają, że działacz chce tak naprawdę znowu napchać sobie kieszenie. Żeby pokazać, że jego plan ma jednak pozytywne skutki, Warner sięgnął po oryginalne rozwiązanie: w październiku po prostu zabronił policji publikowania statystyk zabójstw.
No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.
11
lut
Historia pewnego aparatu
Okolice Stanley, Falklandy, grudzień 2011 roku.
Pięćdziesięcioletni, krótko ostrzyżony mężczyzna usiadł na skale i rozejrzał się dookoła. Wszystko wyglądało identycznie jak trzydzieści lat temu. Z tą tylko różnicą, że wtedy ta okolica przypominała lodową pustynię, a teraz rozpoczynało się antarktyczne lato. No i wtedy zamiast śpiewu ptaków słychać było wystrzały, eksplozje i żołnierskie przekleństwa.
Mężczyzna sięgnął do plecaka i upewnił się, że wziął ze sobą wszystko, co zamierzał. Na dnie leżał niewielki album fotograficzny. To właśnie z jego powodu przebył osiem tysięcy mil z Wielkiej Brytanii. Chciał w końcu zwrócić zdjęcia prawowitemu właścicielowi.
Po lewej stronie rozległ się jakiś chrobot. Inny mężczyzna mozolnie wspinał się na wzgórze.
Brytyjczyk uśmiechnął się i wstał z kamienia. Był nieco zdenerwowany.
W końcu za chwilę miał spotkać człowieka, który trzydzieści lat wcześniej próbował go zabić.
I vice versa.
Najbardziej zaciekłe walki podczas brytyjsko-argentyńskiego konfliktu o Falklandy toczyły się na początku czerwca 1982 roku na wzgórzach okalających Stanley, stolicę wysp. Dobrze okopani na nich i świetnie wyposażeni Argentyńczycy stawili ostry opór brytyjskim spadochroniarzom i komandosom Royal Marines, którzy mimo wsparcia ciężkich dział niszczyciela HMS „Glamorgan” dopiero po ciężkich walkach zdołali opanować kluczowe wzgórza.
Główne siły brytyjskie desantowały się pod koniec maja w Zatoce San Carlos na zachodnim wybrzeżu Falklandu Wschodniego. Stamtąd komandosi i spadochroniarze mieli zostać przetransportowani śmigłowcami w okolice Stanley. Niestety, w tym samym czasie transportowiec wojskowy MV „Atlantic Conveyor” został trafiony rakietami Exocet wystrzelonymi przez argentyńskie myśliwce i zatonął. Razem z nim zatonęły przewożone śmigłowce Chinook.
Żołnierzy czekał więc morderczy 80-kilometrowy marsz przez niegościnne, pokryte śniegiem i lodem pustkowie, w marznącym deszczu i porywistym wietrze. Każdy z nich oprócz broni i amunicji dźwigał kilkudziesięciokilogramowy plecak z pozostałym wyposażeniem. Wielu z nich dodatkowo obciążały karabiny maszynowe, pociski przeciwpancerne, moździerze i radiostacje.
Drałowanie (w brytyjskim slangu wojskowym „yomping”) przez całą szerokość wyspy zajęło spadochroniarzom i komandosom trzy dni. Na mecie nie czekał ich jednak odpoczynek, lecz walka.
Wzgórze Dwie Siostry zostało obsadzone przez argentyńskich żołnierzy z 4 Pułku Piechoty, a zadanie jego zdobycia przypadło komandosom z 45 Batalionu Royal Marines.
Jednym z nich był szeregowy Nick Taylor z Arbroath. Zaciągnął się do wojska zaledwie rok wcześniej i otrzymał przydział do Kompanii X 45 Batalionu.
Teraz, u progu antarktycznej zimy kulił się z zimna na drugim końcu świata i czekał na sygnał do ataku.
Sytuacja brytyjskich żołnierzy była skrajnie trudna. Po morderczym marszu przez Falkland Wschodni groziła im hipotermia – temperatura powietrza spadła poniżej zera, a zimowe namioty zatonęły wraz z „Atlantic Conveyorem”. Komandosi postąpili więc tak, jak ich uczono na szkoleniu – aby przeżyć zrzucili kompletnie przemoczone mundury i nadzy weszli po dwóch do jednego śpiwora.
Zadali w ten sposób kłam twierdzeniu, że jedynym stworzeniem, jakie komandos Royal Marines toleruje w swoim śpiworze jest naga dziewczyna :-).
Atak na Dwie Siostry wyznaczono na noc z 11 na 12 czerwca 1982 roku. Nocny atak był koniecznością. Na Falklandach w ogóle nie ma drzew, ani nawet większych krzewów. Atakujący w dzień Brytyjczycy byliby widoczni jak na dłoni.
Kompania X miała atakować od zachodu zboczem nazwanym „Długim Paluchem”. Nie było ono zbyt strome, ale pełne wykrotów i usiane głazami. Na jego szczycie znajdowały się argentyńskie stanowiska moździerzy i karabinów maszynowych.
Szturm rozpoczął się 11 czerwca o godzinie 23:30. Porucznik David Stewart poderwał swój pluton do ataku, ale Argentyńczycy z 3. Plutonu, Kompanii C, 4 Pułku Piechoty natychmiast przygwoździli Brytyjczyków do ziemi huraganowym ogniem z karabinów maszynowych. Komandosi ukryli się za licznie rozsianymi głazami.
Stuk! Stuk! Stuk! W dół zbocza potoczyły się jakieś niewielkie przedmioty. W pierwszej chwili komandosi myśleli, że to kamienie. Wątpliwości rozwiały się w momencie, gdy jeden z tych kamieni eksplodował… Oprócz granatów na zboczu wzgórza zaczęły się rozrywać pociski moździerzowe.
Brytyjczycy próbowali odpowiadać ogniem ze swoich L1A1, ale był on nieskuteczny. Argentyńczycy byli ukryci za skałami i świetnie przygotowani do obrony. Komandosi sięgnęli więc po kierowane pociski przeciwpancerne MILAN, które z trudem przytaszczyli ze sobą. Broń ta, przeznaczona do walki z czołgami i pojazdami opancerzonymi okazała się bardzo skuteczna w niszczeniu argentyńskich stanowisk ogniowych. Wystarczyło, że pocisk uderzył w skałę tuż obok stanowiska, by pozabijać lub poranić znajdujących się w nim żołnierzy.
Brytyjczycy zaczęli systematycznie niszczyć argentyńskie gniazda oporu. Wkrótce na szczycie Długiego Palucha terkotał już tylko jeden karabin maszynowy.
Szeregowy Nick Taylor skokami posuwał się do przodu kryjąc za głazami. Od argentyńskiego stanowiska ogniowego dzieliło go teraz około 30 metrów. Miał jednak przed sobą pustą przestrzeń, bez żadnych skał, czy kamieni. Szturmować pod górę to samobójstwo – seria z kaemu przetnie go na pół zanim przebiegnie dziesięć kroków. Po prawej stronie, w odległości kilkunastu metrów zobaczył samotny głaz. Postanowił doskoczyć do niego i ukryć się za nim. Odczekał dłuższą chwilę, aż księżyc ukrył się za chmurami, wyskoczył ze swojej kryjówki i popędził w stronę głazu.
Argentyński karabin maszynowy znowu zaterkotał, a pociski przeleciały Nickowi koło ucha. Na szczęście zdążył dobiec do głazu. Kolejna seria odłupała z niego niewielkie odłamki.
„Ani chybi skurwiel ma noktowizor” – pomyślał Nick.
Przyczaił się za głazem wiedząc, że jeśli nawet minimalnie się zza niego wychyli wówczas na pewno zginie.
Z dołu nadciągali jego towarzysze. Argentyński żołnierz puścił jeszcze kilka serii, po czym jego karabin zamilkł.
Około godziny 5 rano komandosi przystąpili do ostatecznego szturmu. Z bagnetami nałożonymi na lufy karabinów wbiegli na szczyt wzgórza i… nikogo tam nie zastali.
Argentyńczycy wycofali się.
Zmarznięci i wygłodniali Brytyjczycy rzucili się na argentyńskie zapasy, których wycofujący się obrońcy nie wzięli ze sobą. A było tam wszystko, czego zziębnięta dusza zapragnie – zimowe namioty, ciepła odzież, puszki z wołowiną, oranżada w proszku, nawet whisky w małych buteleczkach. Komandosi zmieszali sproszkowaną oranżadę z wodą ze stopionego śniegu i po raz pierwszy od kilku dni zaspokoili głód.
Nick Taylor rozglądał się po opuszczonym stanowisku karabinu maszynowego. Obok ciepłej jeszcze broni leżał plecak. Otworzył go, a ze środka wypadł aparat fotograficzny i kilka małych butelek whisky. Obejrzał aparat. Typowa jednorazowa idioten kamera Kodaka. Spojrzawszy na licznik stwierdził, że pozostało jeszcze kilka klatek do wykorzystania. Niewiele myśląc zrobił kilka zdjęć okolicznych wzgórz. Uwiecznił także Stanley widniejące w oddali. Kiedy film się skończył wrzucił aparat do swojego plecaka i zapomniał o nim.
Wojna dobiegła końca. Argentyński garnizon w Stanley został otoczony i 14 czerwca 1982 roku generał Mario Menendez podpisał akt kapitulacji.
Aparat Kodak Instamatic identyczny jak ten znaleziony przez Nicka Taylora.
Miesiąc później Nick Taylor i jego towarzysze powrócili do Wielkiej Brytanii na pokładzie transatlantyka SS „Canberra”. W Southhampton witały ich wiwatujące tłumy.
Kilka dni po powrocie do domu w Arbroath Nick zaniósł aparat do lokalnej apteki, by wywołać zdjęcia. Sprzedawca od niechcenia spytał się, co na nich jest.
– Aaaa… To takie zdjęcia z wakacji. – odparł Nick.
Kiedy odebrał wywołane odbitki przeżył szok. Ze zdjęć patrzył na niego chłopak w tym samym wieku, tylko w innym mundurze. Rozpoznał wzgórza, na których walczył i argentyńskie umocnienia, które zdobył. Koleś na zdjęciach wyglądał tak, jak on, ale miał na sobie inny mundur i walczył po przeciwnej stronie. Kim był? Jak się nazywał? Czy przeżył?
Nick związał swoją karierę z wojskiem. Pozostał w Royal Marines, po czym zgłosił się jako kandydat do elitarnej jednostki Special Boat Service – morskiego odpowiednika słynnej SAS. Przeszedł selekcję i mordercze szkolenie, po czym jako operator SBS uczestniczył w tajnych operacjach na całym świecie. Dosłużył się rangi chorążego i w 2003 roku przeszedł na emeryturę. Obecnie pracuje jako specjalista do spraw bezpieczeństwa dla amerykańskiej firmy naftowej.
Przez te wszystkie lata widok argentyńskiego żołnierza ze zdjęć nie dawał mu spokoju. Czuł, że powinien zwrócić fotografie ich prawowitemu właścicielowi.
Postanowił go odszukać.
Dzięki internetowi poszukiwania trwały dość krótko. Nick umieścił zdjęcia na argentyńskim forum dla byłych żołnierzy i wkrótce skontaktował się z nim ktoś, kto rozpoznał widniejącą na nich postać.
Tajemniczym żołnierzem ze zdjęć okazał się podporucznik Marcelo Llanbias Pravaz, dowódca 3 Plutonu, Kompanii C, 4 Pułku Piechoty. Człowiek, który dowodził obroną wzgórza atakowanego przez Nicka i jego towarzyszy.
Jak się później okazało – był ostatnim żołnierzem, który opuścił pozycje. To właśnie on „ścigał” serią z karabinu maszynowego Nicka kryjącego się za głazami.
Nick wkrótce otrzymał jego adres mailowy i wysłał długiego emaila. Marcelo natychmiast odpisał.
„To dla mnie wielki zaszczyt, że chcesz się ze mną spotkać i zwrócić mi moje zdjęcia…”.
Marcelo również pozostał w wojsku. Służył w Siłach Pokojowych ONZ na Cyprze i w Kuwejcie, gdzie spotkał wielu brytyjskich żołnierzy. W 2001 roku przeszedł na emeryturę i otworzył kancelarię adwokacką. Obecnie jest wziętym prawnikiem w Buenos Aires.
Niewiele myśląc obydwaj dawni wrogowie postanowili się spotkać. Gdzie? Ano tam, gdzie się spotkali po raz pierwszy (tyle, że w mniej przyjaznych okolicznościach…), czyli na zboczach Dwóch Sióstr na Falklandach.
Do spotkania doszło w grudniu 2011 roku.
Nick przybył jako pierwszy. Usiadł na głazie niemal w tym samym miejscu, w którym 30 lat wcześniej krył się przed pociskami.
Marcelo dotarł na miejsce spotkania chwilę później. Dawni wrogowie uścisnęli się serdecznie i zaczęli rozmawiać, jakby byli całe życie najlepszymi kumplami. Zaraz na początku Nick przekazał Marcelowi fotografie pieczołowicie wklejone do albumu.
– Nick, popatrz! Wyglądam jak Rambo! – zaśmiał się Marcelo pokazując na jedno ze zdjęć.
– O, to zrobiłem na Mount Challenger! A to grupowe zdjęcie mojego plutonu! – wykrzykiwał przewracając kolejne strony albumu.
Do obydwu z nich wróciły wspomnienia sprzed trzydziestu lat. Chwilę potem Nick wyjął z plecaka dwie małe buteleczki whisky pochodzące z argentyńskich zapasów – te same, które zabrał razem z aparatem.
Wznieśli z Marcelem toast. Za przyjaźń!
Od lewej: Marcelo Llanbias Pravaz i Nick Taylor z powrotem na Falklandach po 30 latach.
Wojna o Falklandy była czystą wojną, w której żołnierze walczyli z żołnierzami. Bez nienawiści, bez ofiar wśród cywili (z wyjątkiem trzech kobiet, które zginęły od zbłąkanego brytyjskiego pocisku) i bez mordowania jeńców.
Argentyńczycy wzięci do niewoli wspominali potem, że Brytyjczycy traktowali ich lepiej niż… ich właśni oficerowie!
W połowie lat 90-tych mój Ojciec był w grupie ONZ-owskich obserwatorów wysłanych do Sahary Zachodniej – spornego terytorium w zachodniej Afryce. W tej grupie znaleźli się także oficerowie brytyjski i argentyński. Od słowa do słowa doszli do wniosku, że już się kiedyś spotkali. Faktycznie – ten Brytyjczyk wziął tego Argentyńczyka do niewoli na Falklandach. Te specyficzne wspomnienia wojenne nie przeszkodziły im w zostaniu dobrymi kumplami i wspólnym jeżdżeniu na patrole…
—————————————————————————
18
lut
Lis
Francja, okolice Sainte-Foy-de-Montgommery, 17 lipca 1944 roku, godzina 16:00.
Pasażer siedzący na tylnym siedzeniu czarnego kubelwagena był w kiepskim nastroju. Wracał cały czas myślami do ostatniej rozmowy z Falkenhausenem i Stulpnagelem. Spisek przeciwko Hitlerowi zataczał coraz szersze kręgi i wydawało się, że dni Fuhrera są już policzone. Sam był przeciwnikiem jego likwidacji – uważał, że aresztowanie go i postawienie przed sądem będzie wyjściem znacznie lepszym. Mimo tego udzielił spiskowcom swojego wsparcia i obiecał, że stanie po ich stronie.
Czy dobrze zrobił? W razie niepowodzenia on i jego rodzina zapłacą straszną cenę…
Sytuacja na froncie również nie napawała optymizmem. Alianci po wylądowaniu w Normandii ciągle parli naprzód. Gdyby Hitler w odpowiednim czasie zezwolił na użycie dwóch dywizji pancernych wówczas Niemcy zgnietliby ich bez problemu. Ale nie zezwolił, uważając, że atak na plaże Normandii to blef… Może to i dobrze, że wkrótce nie będzie już tego szaleńca…
Rozmyślania przerwał warkot silnika samolotu. Pasażer kubelwagena spojrzał za siebie. Spitfire ze znakami kanadyjskiego 412. Dywizjonu na kadłubie właśnie rozpoczął zniżanie. Nie było chwili do stracenia.
– Zjeżdżaj na bok! – krzyknął do kierowcy. Ten raptownie skręcił kierownicę w lewo.
O ułamek sekundy za późno. Pilot Spitfire’a kilka sekund wcześniej uruchomił karabiny maszynowe myśliwca i długa seria pocisków dogoniła samochód w momencie, kiedy kierowca szarpnął kierownicą. Kamień wzbity w powietrze jednym z pocisków uderzył pasażera w twarz.
Zalany krwią feldmarszałek Erwin Rommel osunął się na siedzenie samochodu.
Był chyba jedynym takim generałem podczas II Wojny Światowej. Rozmawiał z szeregowcami jak z przyjaciółmi, jadł te same posiłki co oni i dowodził nimi siedząc nie za biurkiem, ale w samochodzie jadącym kilka metrów za nacierającymi żołnierzami. Był geniuszem wojny kochanym przez swoich podwładnych i szanowanym przez nieprzyjaciół. Szkoda, że walczył nie po tej stronie, co trzeba…
Erwin Rommel urodził się w listopadzie 1891 roku niedaleko Ulm w Wirtembergii jako jedno z pięciorga dzieci dyrektora miejscowej szkoły. Jako dziecko był bardzo wrażliwy, ale jako nastolatek zaczął przejawiać zdolności przywódcze. Był bardzo lubiany przez rówieśników i miał sporą grupę przyjaciół. Po ukończeniu szkół planował zostać inżynierem, jednak uległ namowom ojca i wstąpił do 124. Wirtemberskiego Pułku Piechoty. Był zdyscyplinowanym kadetem – nie pił, nie palił, odzywał się tylko wtedy, kiedy miał coś do powiedzenia. Po wstępnym szkoleniu trafił do Szkoły Wojennej w Gdańsku. Tam szybko poznano się na jego zdolnościach przywódczych. Po kilku miesiącach został awansowany na kaprala, a krótko potem na sierżanta. Podczas studiów w Gdańsku poznał 17-letnią Lucię Marię Mollin, która kilka lat później została jego żoną.
W 1912 roku dostał awans na podporucznika i przydział do 6. Wirtemberskiego Pułku Piechoty.
Podczas I Wojny Światowej walczył we Francji, Rumunii i we Włoszech.
Na froncie imponował niezwykłą odwagą. Pewnego razu podczas natarcia wpadł na grupę francuskich żołnierzy. Zastrzelił dwóch i rzucił się z bagnetem na pozostałych. Jeden z Francuzów strzelił do niego trafiając w biodro. Za ten czyn otrzymał pierwszy Krzyż Żelazny, a w jego oddziale zaczęły krążyć opowieści o jego męstwie. Miał olbrzymi wpływ na swoich towarzyszy broni – żołnierze podczas walki starali się brać z niego przykład. Obdarzony był jakimś szóstym zmysłem, dzięki któremu przewidywał ruchy przeciwnika i przygotowywał właściwą odpowiedź. Podwładni wkrótce zaczęli mu bezgranicznie ufać.
Podczas ofensywy na froncie włoskim w październiku 1917 roku miało miejsce wydarzenie, które zwróciło na Rommla uwagę najwyższych dowódców. W okolicach Mount Matajur zauważył słabo broniony odcinek, zebrał oddział w sile batalionu i ruszył do walki. Zaskoczył Włochów, wziął do niewoli ponad 9 tysięcy żołnierzy, 150 oficerów i osiemdziesiąt dział samemu tracąc zaledwie sześciu ludzi. Za swoje męstwo otrzymał order Pour le Merite oraz awans na kapitana.
Niemcy przegrały wojnę, a Rommel poświęcił się życiu rodzinnemu. W 1928 roku przyszedł na świat jego syn Manfred. Rok później przyjął propozycję objęcia stanowiska instruktora w drezdeńskiej Szkole Piechoty. Szybko awansował – w 1932 roku został majorem, a rok później podpułkownikiem. Wykorzystując swoje doświadczenia wojenne napisał książkę „Piechota atakuje”, którą wzbogacił własnoręcznymi szkicami i rysunkami. Wydana w 1937 roku książka okazała się tak dobra, że wiele europejskich akademii wojskowych wpisało ją na listę podręczników.
Zwróciła ona także uwagę Adolfa Hitlera. I nic dziwnego – podczas I Wojny Światowej on także był żołnierzem piechoty. Z miejsca poczuł sympatię do zdolnego podpułkownika. Powierzył mu stanowisko w Ministerstwie Wojny, na którym Rommel był odpowiedzialny za kontakty z nazistowską młodzieżówką paramilitarną Hitlerjugend. W 1938 roku otrzymał awans na pułkownika i został mianowany komendantem Akademii Wojennej w Wiener Neustadt. Nie zagrzał tam miejsca zbyt długo. Adolf Hitler mianował go szefem swojej ochrony osobistej.
Przebywając w otoczeniu Hitlera Rommel zwrócił na siebie uwagę Josepha Goebbelsa, który postanowił wykorzystać wizerunek doskonałego oficera do celów propagandowych, co Rommlowi niezbyt się spodobało.
Nie wziął udziału w wojnie z Polską we wrześniu 1939 roku, cały czas przebywając w otoczeniu Hitlera. Na prośbę żony próbował wyciągnąć z więzienia jej dalekiego krewnego, polskiego księdza. Interweniował w siedzibie Gestapo, lecz powiedziano mu, że miejsce pobytu owego księdza nie jest im znane.
Rommel nie czuł się dobrze na berlińskich salonach i chciał wrócić na pole walki. Obserwując kampanię w Polsce zauważył jak wielką rolę odegrały w niej wojska pancerne. Uprosił Hitlera, by powierzył mu dowództwo jednej z dywizji czołgów. Fuhrer zgodził się. Rommel został dowódcą elitarnej 7 Dywizji Pancernej.
Zauważcie, że nie miał absolutnie żadnego doświadczenia w tym rodzaju wojsk – był przecież żołnierzem piechoty. Odtąd jednak jego nazwisko będzie zawsze kojarzone z czołgami.
Podczas inwazji na Francję dowiódł, że powierzenie mu elitarnej dywizji nie było błędem. Zastosował taktykę sprawdzoną w piechocie – wyszukiwał słabo bronione odcinki i zaskakiwał wroga śmiałymi, zdecydowanymi atakami. Zaskoczenie i mocny cios – to była jego recepta na zwycięstwo. Jego znakiem rozpoznawczym stały się dalekie wypady, podczas których często tracił kontakt z własnym sztabem – sam bowiem dowodził atakiem jadąc w jednym z czołgów. 7 Dywizja Pancerna wkrótce zyskała miano „Dywizji Duchów” – wskutek szybkich, improwizowanych manewrów nie było wiadomo, gdzie aktualnie Rommel się znajduje. Był uosobieniem Blitzkriegu. W ciągu sześciotygodniowej kampanii francuskiej wziął do niewoli 100 tysięcy żołnierzy i zdobył 450 czołgów tracąc zaledwie 42. Wrócił do Berlina w glorii zwycięzcy i otrzymał awans na generała.
Oprócz pochwał i opinii najskuteczniejszego dowódcy wojsk III Rzeszy dorobił się także wrogów. Zarzucano mu brawurę i niepotrzebne ryzykanctwo. Niesłusznie – Rommel drobiazgowo planował każdy manewr i nie szafował krwią swoich żołnierzy.
Wraz z awansem na generała otrzymał także nowe zadanie – na czele nowopowstałego Afrika Korps utworzonego z 5 Dywizji Lekkiej oraz 15 Dywizji Pancernej miał wyruszyć do Libii, by wspomóc zdemoralizowane wojska włoskie, które otrzymywały regularny łomot od Brytyjczyków.
Przed wyjazdem Afrika Korps przeszedł intensywne szkolenie na Pustyni Błędowskiej.
Było to zadanie wymarzone dla Rommla – bezkresna afrykańska pustynia dawała nieograniczone możliwości manewrowania, w którym był mistrzem.
Przybył do Afryki w lutym 1941 roku. Przypomnijmy – miał za zadanie jedynie wspomóc Włochów i odwlec w czasie klęskę. Nie miał rozkazu podbicia północnej Afryki. Rommel postanowił jednak samowolnie rozszerzyć swoje zadanie i przeszedł do działań ofensywnych. W ciągu kilku tygodni wypchnął Brytyjczyków z Cyrenajki i wziął do niewoli generała Richarda O’Connora.
Podczas dwuletniej kampanii afrykańskiej gwiazda Rommla rozbłysła jak nigdy wcześniej i nigdy potem. Dla aliantów stał się wcielonym diabłem, człowiekiem siejącym klęskę i zniszczenie, gdziekolwiek się pojawił. Brytyjczycy bali się wykonywać gwałtowniejsze ruchy wiedząc, że Rommel zapewne już je przewidział i w odpowiedzi uderzy w nich tam, gdzie się tego najmniej spodziewają.
„Nic nie jest ważniejsze od pokonania tego człowieka!” – wrzeszczał Churchill w parlamencie.
Istotnie, dla Brytyjczyków kontrola nad Egiptem i Kanałem Sueskim miała kluczowe znaczenie – był to jeden z ich głównych szlaków transportowych, dzięki któremu otrzymywali ropę i inne surowce. Siły brytyjskie w Egipcie zostały więc znacznie wzmocnione – wkrótce trzykrotnie przewyższały siły niemiecko-włoskie. Co jednak nie przeszkadzało Rommlowi skutecznie ich szachować. To właśnie tam zyskał przydomek Lisa Pustyni.
Rommel w Afryce. Fot. Bundesarchiv, Bild 101I-786-0327-19 / Otto / CC-BY-SA
Nienawiść pomieszana z szacunkiem, jaką darzyli go wrogowie była równa uwielbieniu, jakim darzyli Lisa jego żołnierze.
Nie był to bowiem jeden z tych generałów, którzy chodzą w wyglansowanych butach, śpią w wygodnej kwaterze, popijają wino i dowodzą stukając palcami w mapę. Lis żył życiem swoich żołnierzy. Mieszkał z nimi w zakurzonym namiocie, chodził w zapoconym, zawszonym mundurze, był brudny, głodny i stęskniony za rodziną tak samo jak oni. Miał zwyczaj jadania dokładnie takich samych posiłków jak jego szeregowcy – często zresztą jadał je razem z nimi. Najlepiej się czuł wśród prostych żołnierzy, którzy niewyszukanym językiem mówili to, co mieli na myśli. A najszczęśliwszy był kiedy jechał w jednym z czołgów prowadząc kolejne natarcie.
Warto w tym miejscu wspomnieć, że na Afrika Korps nie ciążą żadne zarzuty o zbrodnie wojenne. Lis czasami otrzymywał rozkazy, by wśród wziętych do niewoli aliantów wyszukiwać Żydów i natychmiast ich likwidować. Zawsze jednak takie rozkazy ignorował. Nie był nazistą i zaraz po objęciu dowództwa Afrika Korps zlikwidował szkolenie ideologiczne.
W czerwcu 1942 roku został mianowany feldmarszałkiem.
Alianci mimo szacunku, jakim darzyli Lisa próbowali go zgładzić. W listopadzie 1941 roku z portu w Aleksandrii wyszły w morze dwa okręty podwodne – HMS „Torbay” i HMS „Talisman”, na pokładach których znajdowała się grupa kilkudziesięciu komandosów, którzy mieli za zadanie opanować siedzibę Lisa w Beda Littoria w Libii. Atak zakończył się całkowitą klęską. Rommla nie było w kwaterze, a komandosi zostali zabici lub trafili do niewoli. Gdy Lis się o tym dowiedział uśmiał się setnie. Bardzo rzadko przebywał w tej kwaterze cały czas spędzając wśród swoich żołnierzy. Jak widać aliancki wywiad nie popisał się…
Sytuacja na froncie afrykańskim zaczęła ulegać zmianie. Brytyjczycy ciągle zwiększali swój kontyngent wojskowy w regionie, a zaopatrzenie dla nich płynęło nieprzerwanym strumieniem. Lis nie mógł na coś takiego liczyć – uwaga Hitlera skupiona była na froncie wschodnim.
Niemieckie linie zaopatrzeniowe były skutecznie sabotowane. Wielki udział w tym miał polski superagent Jerzy Iwanow-Szajnowicz, o którym pisałem TUTAJ.
Mimo tego ruszył do Egiptu. W lipcu 1942 roku oddziały Afrika Korps dotarły na odległość zaledwie 200 kilometrów od Kairu, zostały jednak powstrzymane przez brytyjską 8 Armię okopaną pod El-Alamein. Lis zdecydował się utrzymać zdobytą rubież i przegrupować siły.
Podczas pogawędki z żołnierzami. Fot. Bundesarchiv, Bild 146-1991-031-25A / Koch / CC-BY-SA
Brytyjczycy postanowili raz na zawsze rozprawić się ze strasznym przeciwnikiem. Dowództwo 8 Armii objął marszałek Bernard Law Montgomery, który rozpoczął przygotowania do decydującej bitwy.
Lis zaś popełnił tragiczny błąd – zamiast przygotowywać się do spodziewanej brytyjskiej ofensywy poleciał w październiku 1942 roku do Niemiec, by przekonać Hitlera do zwiększenia pomocy materiałowej dla wycieńczonego Afrika Korps. Nie uzyskał nic poza pustymi obietnicami.
23 października Brytyjczycy ruszyli do ataku. Rozpoczęła się Druga Bitwa pod El-Alamein. Niemiecki generał Stumme dowodzący w zastępstwie Rommla dostał ataku serca podczas ostrzału artyleryjskiego i zmarł. Lis pojawił się na miejscu dopiero dwa dni później – zbyt późno, by opanować sytuację. Przewaga Brytyjczyków w sprzęcie i ludziach była tak olbrzymia, że nawet on nie mógł nic na to poradzić. Rozpoczęła się totalna konfrontacja, w której nie było miejsca na manewrowanie, czy efektowne ruchy taktyczne. Lis zdecydował się na odwrót.
Wojska Osi straciły w tej bitwie 20 tysięcy żołnierzy, a ponad 30 tysięcy dostało się do niewoli. Marszałek Montgomery zaczął od tej chwili zażywać sławy jako „Pogromca Rommla”. Mimo, że jako dowódca i strateg nie dorastał Lisowi nawet do pięt…
Na początku listopada 1942 roku rozpoczęła się aliancka operacja „Pochodnia”. Oddziały amerykańskie i brytyjskie wylądowały na plażach Algierii i Maroka błyskawicznie opanowując francuską Afrykę północną.
Ten sukces był możliwy głównie dzięki działalności innego polskiego szpiega – majora Mieczysława Słowikowskiego, o którym pisałem TUTAJ.
Lis został wzięty w dwa ognie. Wycofał się do Tunezji.
Osłabiony i pozbawiony wsparcia logistycznego nadal był bardzo groźny. Wciągnął aliantów w trudny, górski teren i zadał im dotkliwą klęskę w bitwie na przełęczy Kasserine w lutym 1943 roku.
To były jednak ostatnie podrygi wykończonego Afrika Korps. W walkach z Brytyjczykami Lis stracił ostatnie czołgi i 9 marca 1943 roku został odwołany do Europy. Objął dowództwo Grupy Armii E w Grecji, gdzie miał przygotować wybrzeże przed spodziewaną aliancką inwazją. W sierpniu tego samego roku został odwołany do północnych Włoch. W międzyczasie resztki Afrika Korps dostały się do alianckiej niewoli.
Wśród wziętych do niewoli żołnierzy było sporo Polaków, głównie ze Śląska, którzy zostali siłą wcieleni do Afrika Korps. Po segregacji i weryfikacji wielu z nich zostało wysłanych do Wielkiej Brytanii, gdzie wstąpili do Polskich Sił Zbrojnych, zwłaszcza do Samodzielnej Brygady Spadochronowej generała Sosabowskiego (która podobnie jak Afrika Korps była jednostką elitarną). Oprócz znakomitego wyszkolenia wnieśli ze sobą doskonałą znajomość języka niemieckiego, a także nieocenioną wiedzę o strategii i zwyczajach przeciwnika.
Hitler powierzył Lisowi nowe zadanie – miał ufortyfikować i zorganizować obronę Wału Atlantyckiego – pasa umocnień ciągnącego się wzdłuż zachodnich wybrzeży Europy. Rommel wykonał zadanie jak potrafił najlepiej – wzmocnił bunkry, najeżył plaże zasiekami, założył pola minowe, a miejsca, w których spodziewał się lądowania alianckich szybowców obsadził betonowymi słupami, nazwanymi później przez wrogów „szparagami Rommla”.
Nie czuł się jednak dobrze w tej roli. Był przecież zagończykiem, najlepiej czuł się w polu, gdzie miał możliwość dokonywania raptownych i zaskakujących manewrów. Wojna pozycyjna to nie była jego bajka. Bunkry uważał za grobowce dla żołnierzy.
Na dodatek dowiedział się o nieopisanych zbrodniach popełnionych przez nazistów w Polsce i Związku Radzieckim. Zrozumiał, że bierze udział nie tylko w wojnie, że jest jednym z ważniejszych trybów potężnej machiny zbrodni.
6 czerwca 1944 roku Lis był w domu w Niemczech świętując urodziny swojej żony, kiedy dowiedział się o alianckiej inwazji w Normandii. Natychmiast przerwał urlop i pospieszył na front. Alianci zdołali przebić się przez zorganizowaną przez niego obronę i uchwycili przyczółki na francuskim brzegu. Rommel apelował do Hitlera, by pozwolił mu rzucić do walki dwie dywizje pancerne, które wyparłyby aliantów z wybrzeża. Ten jednak, bagatelizując wydarzenia na nowopowstałym froncie zachodnim nie zgodził się. To do reszty podkopało zaufanie Rommla do Fuhrera.
Już na początku 1944 roku trzej oficerowie grający główne role w antyhitlerowskim spisku – Strolin, Falkenhausen i Stupnagel rozpoczęli starania o wciągnięcie Lisa do konspiracji. Potrzebowali go. Niezmiernie popularny w Niemczech dowódca polowy z ogromnymi osiągnięciami bardzo przysłużyłby się sprawie. Stupnagel zaprosił go na poufne spotkanie w Paryżu.
Podczas spotkania Rommel zgodził się ze spiskowcami, że Hitler utracił kontakt z rzeczywistością i jego usunięcie jest jak najbardziej pożądane. Sprzeciwił się jednak zamordowaniu Fuhrera. Uważał, że powinien on zostać aresztowany i postawiony przed sądem. Powiedział spiskowcom, że da Fuhrerowi jeszcze jedną szansę. Napisze do niego telegram przedstawiający sytuację na froncie zachodnim w najczarniejszych barwach i wzywający go do podjęcia rokowań z aliantami. Był przekonany, że telegram zostanie zignorowany. W takim wypadku zadeklarował swoje poparcie dla spiskowców.
Napisał telegram 16 lipca 1944 roku i wręczył go feldmarszałkowi Guntherowi von Kluge prosząc go o jak najszybsze dostarczenie pisma Hitlerowi. Telegram dotarł do Fuhrera dopiero po dwóch tygodniach. O wiele za późno.
Następnego dnia samochód, którym jechał Rommel został zaatakowany przez aliancki myśliwiec w okolicach francuskiej miejscowości Sainte-Foy-de-Montgommery. Lis został ciężko ranny w twarz i trafił do szpitala.
W tym samym czasie miała miejsce druga próba usunięcia Lisa przez aliantów. Grupa sześciu komandosów została zrzucona na spadochronach w pobliżu Orleanu z zadaniem opanowania kwatery Lisa w La Roche-Guyon. Po wylądowaniu dowiedzieli się, że cel ataku miał poprzedniego dnia wypadek.
Trzy dni później, 20 lipca 1944 roku pułkownik Claus von Stauffenberg podłożył walizkę z bombą w kwaterze Hitlera w Wilczym Szańcu. Wybuch zdemolował barak, w którym odbywała się narada z udziałem Fuhrera, ale on sam zdołał przeżyć.
Plan spiskowców spalił na panewce i wkrótce trafili oni w ręce Gestapo. Podczas zeznań kilkakrotnie padło nazwisko Rommla. Jeden z czołowych spiskowców – generał Carl-Heinrich von Stupnagel próbował popełnić samobójstwo strzelając sobie w głowę. Zamiast tego oślepił się, a po aresztowaniu zaczął powtarzać w malignie „Rommel! Rommel!”. Na domiar złego do Hitlera dotarł telegram Lisa, w którym ten stanowczo domagał się rozpoczęcia rokowań z aliantami.
Rommel w tym czasie cały czas przebywał w szpitalu ranny po ataku z 17 lipca.
Hitler nie potrzebował już więcej dowodów na zdradę Rommla. Jednak postawienie przed sądem niezwykle popularnego marszałka i oskarżenie go o zdradę niechybnie podkopałoby morale społeczeństwa. Fuhrer postanowił rozegrać to inaczej.
14 października 1944 roku generałowie Wilhelm Burgdorf i Ernst Maisel przybyli do domu Rommla w Herrlingen. Przedstawili mu dwie opcje do wyboru: oskarżenie o zdradę, sąd, zesłanie rodziny do obozu koncentracyjnego i nieuchronną egzekucję lub samobójstwo, puszczenie zdrady w niepamięć, pogrzeb ze wszystkimi honorami i wysoką rentę dla żony. Lis nie miał wyboru. Pożegnał się z rodziną i wsiadł do samochodu z generałami. Po przejechaniu kilku kilometrów pojazd zatrzymał się. Jeden z generałów wręczył Rommlowi kapsułkę z cyjankiem, po czym razem z towarzyszem i kierowcą wysiedli z wozu i odeszli na odległość kilkunastu kroków. Kiedy wrócili do samochodu kilka minut później Rommel już nie żył. Jako oficjalną przyczynę śmierci podano atak serca.
Prawda o przyczynach śmierci Lisa wyszła na jaw dopiero podczas procesu w Norymberdze.
Lis Pustyni został pochowany na cmentarzu w Herrlingen niedaleko Ulm.
Do dzisiaj żyje jego syn Manfred. Jest jednym z najbardziej popularnych polityków partii CDU i wieloletnim burmistrzem Stuttgartu. Publikuje także felietony w gazecie „Stuttgarter Zeitung”. Przyjaźni się m.in. Z Georgem S. Pattonem IV oraz Davidem Montgomerym – synami dawnych przeciwników swojego ojca.
Dadzą jakąś rekompensatę?
Moze mi ktos napisac jakie gry zawiera to noki 😉
T-mobile – nie oczekujemy zbyt wiele, wyrównajcie stawki do Play, darujcie sobie stawke 3zł za rok waznosci konta, usuncie smieszna oplate 4gr za sprawdzanie stanu konta, i zrekopensujcie klientom tą awarie doładowaniem 10zł dla każdego. Jako wieloletni użytkownik waszej sieci mówie to MINIMUM abym nie przeszedł do PLAY.
Mam ich dosyć,witaj Play!
Ludziska, awaria jak to awaria, nie do przewidzenia i każdemu sie może przytrafić. Po co zaraz psy wieszać? Henio koparką za kabel zahaczył bo był po piwie i pokiereszował coś.
Wczoraj tez na warmi i mazurach z t-mobile nic nie działaja internet sms mms dzwonienie na całych warmi i mazurach tak to jest jak t-mobile z orange sie łanczy szykujmy sie an czestrze awarie
Co za kraj. Firma niby z Niemiec, ale ludzie Polaczki.
U nas takie rzeczy by nie przeszly. W niemczech to by odrazu klienci zjedli siec. Po 2h jest naprawa i jeszcze przepraszaja uzytkownikow za klopoty…
co za kraj, co za ludzie – POLACZKI
Wszystko zostało naprawione, proszę nie wprowadzać ludzi w błąd. A poniższe komentarze są poniżej poziomu. Dziękuje do widzenia
A jednak jak chcą to potrafią.
Dzwonilem ze skargą do biuro abonenta, a wiczorkiem do mnie oddzwonili.
Teraz dostalem wiecej minut. Przyznali mi dodatkową pulę 250 minut. I to do osób w sieci i telefony stacjonarne.
No oczywiście powiedzieli że pracują nad naprawą, ale przynajmniej tyle mogą zrobić.
W sumie to nadal się gniewam, ale jakby trochę mniej
Właśnie zadzwoniłem do biura i mi też przyznali minuty. Miło z ich strony 🙂
RZECZYWIŚCIE, MI TEZ PRZYZNALI MINUTY ! SUPER 😀
Znowu awaria, tym razem Warka, woj. Mazowieckie
3G nie działa, 2G nie można dzwonić ani odbierać połączeń, cała firma sparaliżowana (ponad 20 sim), kolejny raz (już przynajmniej 5 raz w ciągu 2 lat).
Naprawdę aż tak chcą zachęcić do przejścia do Play, jak ostatnio przeczytałem z zasięgiem 4 sieci?
Co z obiecywanym zasięgiem Orange?